Archive for the ‘Opowiadanie w świecie HL’ Category

Część ósma

18 czerwca 2010

– No, no. Ładnie nas urządzili – rzucił Arto, spoglądając na gruzy, a potem na mapę – Czeka nas kawał drogi zanim dołączymy do reszty. No dobra. Ja idę na szpicy, Charlie mnie ubezpiecza. Delta, idź pare metrów za nami i miej oko na tyły. Jakieś pytania?
– Zróbmy to – żołnierz, który miał go ubezpieczać, szczęknął zamkiem swojej MP5ki.
Arto schował mapę do kieszeni i ruszył korytarzem. Grube, betonowe ściany starej placówki wojskowej mieszały się z chłodnym materiałem przypominającym stal, gęsto używanym przez Kombinat. Niepokojąca pustka i sterylność tych przejść trzymała rebeliantów w napięciu, żaden z nich nie opuszczał broni choćby na moment. Na rozgałęzieniu korytarza trafili na to, czego porucznik się obawiał. Zza umocnionej workami z piaskiem pozycji wyglądał karabin maszynowy.
– Ma ktoś jeszcze błyskdymki?
Obaj jedynie pokręcili głowami. Wszyscy trzej mieli raczej wspierać wspierać grupę ogniem, a nie szturmować, więc granaty błyskowe mieli ze sobą inni.
– No to mamy problem. Jakieś pomysły, panowie?
– Teraz albo nigdy… – Brytyjczyk wyszarpnął granat odłamkowy i rzucił się w stronę skrzyżowania.
– Nie! – próbowali go powstrzymać, ale wyszarpnął się z uchwytu sierżanta. Frag osiągnął swój cel, ale zanim doszło do eksplozji kaem zdążył otworzyć jeszcze ogień. Wielokrotnie trafiony kapral upadł na ziemię tuż przed wybuchem. Żołnierze ubezpieczający tyły karabinu przybiegli na pomoc, ale po krótkiej wymianie ognia z ukrytymi po obu stronach przejścia rebeliantami obaj zakończyli żywot.
– Cholera… dorwali Jima… fuckers!
– Wstawaj, Delta. Jak się nie ruszymy, to skończymy tak samo.
Sierżant skinął głową i zerwał nieśmiertelnik byłego kompana.
Oddziały Kombinatu faktycznie nie przewidziały rozdzielenia grupy. Przez dłuższy czas nie napotkali żadnego oporu, dopiero luźny patrol, najwyraźniej nie wiedzący czego się spodziewać, przerwał tą sielankę. Zaatakowany z zaskoczenia oddział już na początek stracił dwóch ludzi. Arto, niefortunnie zmieniając osłonę, dostał w nogę. Kula dosłownie otarła się o ciało, omijając mięśnie i kości. Mimo kontuzji dalej prowadził ogień i z pomocą sierżanta szybko uporali się z pozostałymi trzema.
– Dobra, to chyba ostatni – zarzucił karabin na plecy, aby zabandażować nogę, lecz nagle szczupła postać w białym kombinezonie mu w tym przeszkodziła. Zanim mógł zareagować, powaliła jego towarzysza, po czym z bliskiej odległości wycelowała w niego pistolet. Szybkim ruchem wytrącił broń napastnika, jednak zaraz po tym otrzymał silnego kopniaka w brzuch, co przewróciło go na podłogę. Postać wyjęła nóż i kiedy miała już zakończyć walkę, pojedynczy huk przeciął powietrze i zabójczyni bezwładnie opadła. Delta zdążył ocknąć się z otumanienia i wyjąć pistolet.
– Uf, było blisko. Co to za pieprzony ninja?
– Nie mam pojęcia, ale lepiej bandażuj te nogę i znikajmy stąd.
Na szybko zatamował krwawienie, osłaniany przez Brytyjczyka.
– Gotowy? – zapytał Delta – Co do…? – Arto wymierzył pistolet w jego stronę i oddał strzał. Anglik już wycelował w niego broń, kiedy usłyszał jak coś miękkiego uderza o ziemię. Odwrócił się i zobaczył, że to ciało pasigłówka wypadło z szybu wentylacyjnego za jego plecami.
– Huh, no to jesteśmy kwita.
Arto jedynie się uśmiechnął i schował pistolet do kabury. Kontynuowali podróż przez obszerny budynek bazy, co dziwne, nie napotykając żadnych patroli. W jednym z korytarze nagle otwarły się ciężkie, metalowe drzwi. Obaj błyskawicznie wycelowali w tym kierunku.
– Tawarisz, nie strielaj! Ja nastojaszczij bolszewik! – z łatwością poznał ten głos.
– Ty nastojaszczij idiota. Nie rób tego więcej, prawie cie zastrzeliłem.
– Ciebie też dobrze widzieć, brachu – Wilk kontynuował swoje żarty.
– Wilk, to nie czas na kabaret – Cień, choć w cywilu również nie był duszą towarzystwa, w czasie misji zachowywał zimny profesjonalizm. – Gdzie Charlie?
– Nie żyje – westchnął – Przykro mi, poruczniku Burton.
– Musimy ruszać. Im szybciej się stad wyrwiemy, tym lepiej. Stąd już nie daleko.
Musieli się dostać do wyznaczonego wcześniej miejsca wyłomu, gdzie w pobliżu czekał już na nich jeden z dwóch Rosomaków batalionu.
Punkt wyłomu okazał się zasadzką – cały czas byli śledzeni. Kilkunastu żołnierzy i jeden Hunter zaatakowały tuż po wysadzeniu ściany. Łuska została przyszpilona do ziemi przez syntha, który odciągnął ją do tyłu, za zamykającą się gródź.
– Łuska! Nie! – Cień chciał rzucić się jej na pomoc, ale Wilk złapał go za ramie.
– Nic już dla niej nie zrobisz! Zabijesz się!
Jednak dopiero z pomocą czarnoskórego porucznika udało się go odciągnąć. Reszta oddziału osłaniał ich już spoza wyłomu. Opór Cienia osłabł, kiedy gródź zamknęła się już na dobre. Dopiero wtedy dał się odprowadzić do transportera; zdawał się nie zwracać w ogóle uwagi na świstające wokół pociski.
Kiedy wycofywali się na bezpieczną odległość, odezwało się basowym dudnieniem trzydziestomilimetrowe działko ukrytego w lesie Rosomaka. Pod naporem ognia druga strona umilkła. Wilk i Jake wepchnęli Cienia do pojazdu; był jak w transie, łzy spływały mu po twarzy.
Arto wykrztusił tylko do interkomu krótkie „jedź”, po czym w wozie, oprócz hałasu silnika, zapadła martwa cisza.

Reklamy

Siódma część

3 lutego 2010

Brudne lampy w stołówce dawały tak niewiele światła, że wewnątrz panował niemal półmrok. Cień wychylił się do tyłu na krześle, strzepując okruchy z munduru. Błogi stan lenistwa został przerwany przez komunikat dochodzący z krótkofalówki.
– Trzynastka, jazda na odprawę. Pułkownik czeka.
– Eh… co tym razem – westchnął z nieukrywanym wyrzutem – od dwóch miesięcy nie mieliśmy luzu więcej niż jeden dzień…
Dopił resztę herbaty z blaszanego kubka i szybkim krokiem wyszedł ze stołówki, kierując się w stronę biura Lykana. Po drodze spotkał Psychola, w pośpiechu dopinającego mundur.
– Lykan nigdy nie da mi się wyspać, co?
– Wyspać? Człowieku, jest dopiero szósta wieczorem… ile ty chcesz spać?
– Ile się da…
Na miejscu czekała już na nich reszta oddziału i oczywiście ich dowódca. Na jego twarzy można było zauważyć wyraźne zmartwienie, choć próbował to ukryć.
– Właśnie dostaliście szansę wpłynąć na losy tej wojny. Nasz wywiad złożył raporty że w kompleksie badawczym Kombinatu około 90 kilometrów stąd przetrzymywany jest kryształ pochodzący z Xen. Dr Kleiner twierdzi że owe próbki mogą pozwolić na zakłócenie działania portali, przez co Kombinat zostanie odcięty od swojego pierwotnego świata. Waszym zadaniem jest odzyskanie tych próbek i przestransportowanie ich na południe, gdzie przebywa dr Kleiner. Jednak nie będziecie sami. Rząd brytyjski, uznając powagę sytuacji, przysłał elitarny oddział Wolfpack. Będzie on pod twoim dowództwem, Cień. Miejsce spotkania jest zaznaczone na tej mapie.
– Tak jest, sir.
– Cień, zostań tu na chwilę.
Nieco zaskoczony zaistniałą sytuacją stanął przed pułkownikiem.
– Tak?
– Wolfpack zawsze działał sam, więc mogą być troche szorstcy w stosunku do twojego dowództwa. To dobrzy żołnierze, ale zwykle przyjmują rozkazy tylko od ludzi naprawdę wysoko położonych. Musisz z nimi ostro postępować jeśli chcesz zdobyć ich szacunek.
– To da się załatwić.
– I uważaj na siebie. Chcę żebyście wrócili w komplecie.

Przybyli na miejsce spotkania, na obrzeżu lasu. Humvee którym przyjechali został zakamuflowany. Musieli go porzucić, bo cała akcja odbywała się bez użycia pojazdów, utrudniając wrogowi wykrycie rebeliantów. Staneli na polance, ale wszędzie dookoła było pusto. Jedynie Cień rzucał kamykami w trawę. Łuska spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
– Testuję ich… Daj znak.
Trzykrotnie zagwizdała, po czym z miejsca w które rzucał Cień podniósł się umundurowany mężczyzna i podzedł do nich.
– Gratuluję spostrzegawczości. Kapitan Konrad Grabowski, jak mniemam? – przytaknął – Porucznik Jake Burton, Siły Lądowe Jej Kró-
– Darujmy sobie część oficjalną. Od teraz posługujemy się tylko pseudonimami. Ty i twoi ludzie przybierzecie nazwy kodowe Alfa, Bravo, Charlie i Echo. Nasze dostaliście podczas odprawy. A teraz bierzcie dupy w troki i ruszamy.
– Dobra chłopaki, wyłazić.
Spomiędzy drzew wyłoniły się kolejne trzy uzbrojone postaci. Trzynastka ruszyła przodem, a Wilki objęły rolę tylnej straży.
– U nich nawet medyk nie jest kobietą, huh?
– Do Wilków nie wpuszczają kobiet – powiedział Cień – dlatego właśnie my jesteśmy lepsi.
Łuska i DD odpowiedziały mu uśmiechami, a Wilk ledwo powstrzymał się od śmiechu. Po kilkudziesięciu minutach skradania się przez wysoką trawę, unikając światła szperaczy, podeszli pod mury bazy. Psychol podłożył ładunki na ścianie, za którą według planów miał znajdować się korytarz prowadzący najkrótszą drogą do miejsca gdzie przechowywany jest kryształ.
– Jak już wysadzimy sobie wejście, nie będzie odwrotu. Zrobi się tu małe piekło.
Kiedy wszyscy byli na pozycjach, okolicą wstrząsnęła silna eksplozja, po czym cała dziesiątka wbiegła na korytarz. Kilkanaście sekund później zabrzmiały syreny alarmowe i pierwsze wystrzały rozcięły powietrze. Strażnicy byli tak zaskoczeni że nie byli w stanie stawić sensownego oporu. Niewielu było w stanie odpowiedzieć celnym ogniem. Na końcu każdego korytarza znajdowały się potężne stalowe drzwi, zamykane na kod.
– Wilk, zamknij śluzę, to ich trochę spowolni!
Podbiegł do konsoli, odłączył panel i ręcznie zamknął drzwi, po czym spowodował zwarcie w obwodach. Arto odetchnął z ulgą, pietnaście milimetrów stali zapewniało im chwilę względnego spokoju.
– Nie dysz – rzucił Szrama – To dopiero początek.
– Wsadź sobie w dupę ten początek -wskazał na poszarpany rękaw munduru – Mnie już kule głaskają.
– Później wymienicie się ploteczkami na temat wojennych wrażeń – Cień zdecydował się przerwać konwersację, zanim się rozwiną – Przypominam wam, że jesteśmy po uszy w gównie. Idziemy. Psychol, na szpicę.
Szrama wydawał się lekko urażony decyzją swojego brata, ale nikt nie oponował i ruszyli w drogę. Kilkadziesiąt metrów dalej oddział strażników, niczego się nie spodziewając, wychodził właśnie na korytarz. Wprost na nich.
Psychol na przedzie nie znalazł się przypadkiem. Uzbrojony w strzelbę Franchi SPAS-12, ten fan walk na bliskie dystanse, w ciasnych pomieszczeniach był prawdziwą maszyną do zabijania.
Półautomatyczna strzelba ujadała niczym rasowy, szkolony do walk amstaff. Krótko i głośno. Śmiercionośnie. Wynagradzając wszelkie niepowodzenia swego pana, których doznał przez lata wojny. Walka zakończyłą się zanim żołnierze zdążyli zareagować. Rozpryskowe pociski, mimo solidnego opancerzenia przeciwników, dotkliwie zmasakrowały ich ciała. Podłoga została obficie spryskana posoką, a jeden z nich został pozbawiony głowy dobrze wymierzoną chmurą pocisków.
Jeden z Brytyjczyków z uznaniem spojrzał na Psychola, ładującego dymiącego jeszcze SPASa. Szybko posuwali się do przodu, likwidując kilka grup stawiających nikły opór. Jedynie podczas przechodzenia przez magazyn żywności natknęli się na silny opór. Grupa około dwudziestu kilku żołnierzy, z kaemem i automatycznym punktem ogniowym, stanowiła już poważną przeszkodę. Jednak zsynchronizowana akcja przy użyciu błyskdymek, przygotowujących pole manewru dla szturmu mającego za zadanie wysadzenie wieżyczki i eliminację żołnierzy, będąc ubezpieczanym przez Łuskę. Jednym celnym strzałem pozbyła się kaemisty, po chwili wybuch zasygnalizował wypadnięcie z gry wieżyczki. Rebelianci szybko wykończyli ogłuszonych i wycofujących się żołnierzy.
Jak na misję w sercu ważnej bazy wojskowej, szło im całkiem łatwo. Wręcz zbyt łatwo.
Pomieszczenie z próbkami bronione było przez grupę elitarnych żołnierzy w białych kombinezonach. Ci nie dali się zaskoczyć. Po ciężkiej wymianie ognia oddział wyszedł jedynie z rannym porucznikiem Burtonem. Co pewnie zmieniło by się, gdyby nie przewaga liczebna rebeliantów, bo choć nad zwykłymi żołnierzami górowali wyszkoleniem, to elita już dorównywała, a czasem nawet przewyższała ich pod tym względem.
Mały, metalowy kontener z kryształem spoczywał na stole w głębi pokoju. Cień wrzucił go do plecaka i zaczęła się druga faza misji.
– Arto, weź dwóch Brytyjczyków i osłaniaj nasze tyły – w oddali było już słychać żołnierzy – Chcą nas zajść z drugiej strony.
– Się robi. Charlie, Delta, idziecie ze mną.
Dwóch wyspiarzy z pewną niechęcią ruszyło za porucznikiem. Rzut oka na ich mundury pozwolił mu stwierdzić, że jeden z nich jest sierżantem, a drugi zaledwie kapralem. Musieli bezsprzecznie przyjąć jego dowództwo. Czego zresztą nie znosił. Wysoki stopień przyjął jedynie pod naciskiem swojego dowódzcy. Niektórzy twierdzili, że sprawdził by się w tej roli, jednak on tak nie uważał. Nienawidził dowodzić, więc oddzielenie od reszty przyjął z równą niechęcią co pozostała dwójka.
Kiedy znaleźli się na pozycjach pozwalających na skuteczne osłanianie odwrotu, przeciwnik podjął próbę ataku. Serie z broni maszynowej po chwili przygłuszone zostały silną eksplozją, po czym z drugiej strony korytarza przyłączył się do nich terkot karabinów reszty i soczyste ujadanie SPASa. Za swoimi plecami ujrzeli zasypane już przejście.
– Arto, jesteście cali? – odezwał się głos z krótkofalówki
– Tak. Co tam się stało?
– Pułapka. Chcieli odciąć nam odwrót i rzucić kilka oddziałów do walki, ale póki co ich odepchnęliśmy – Cień był zdyszany – Macie plany budynku. Znajdźcie inne wyjście i spotkamy się w punkcie zbornym określonym przed misją. Uważajcie na siebie, główny siły walą w nas, ale was jest tylko trzech, więc nie szarżuj.
– Tak jest, kapitanie.

Część szósta

26 października 2009

Cień stał w niewielkiej wnęce, która skutecznie chroniła go przed ulewnym deszczem. Ciszę podczas czekania na informatora urozmaicały tylko rzadkie grzmoty, zaś on sam jedynie od czasu do czasu strzepywał popiół z papierosa. Nie znosił chodzić do Warszawy. Wszechobecna propaganda, stała obserwacja i złe traktowanie mieszkańców napawały go odrazą. „Dołącz do wojsk Kombinatu już dziś – chroń swoją rodzinę przed bojówkami rebeliantów”, „Wspólnie budujemy naszą flotę powietrzną!”. Slogany z plakatów były równie podniosłe, co nieprawdziwe. Mimo wszystko, Warszawa była jednym z miast łagodniejszych dla mieszkańców. Oczywiście wszystko opierało się na przydziałach, a przywileje mieli tylko członkowie milicji obywatelskiej i żołnierze, choć czasami nawet zwykły obywatel dostał w przydziale pare papierosów czy choćby coś lepszego niż papka z automatów żywieniowych.Sama milicja też nie była do końca wierna „naszym dobroczyńcom”. Większość oficerów przyjmowała łapówki regularnie.
Spojrzał na ulicę – informator, milicjant, właśnie zbliżał się na spotkanie. Kiedy podszedł bliżej, Cień mógł wyraźnie poczuć zapach alkoholu.
– Mam towar – powiedział, pokazując Cieniowi pendrive’a – Wszystko jest tutaj.
– Dobrze.
Cień wręczył mu plik banknotów i schował dysk do kieszeni.
– Ostatnie prawie mnie złapali… Może powinniśmy pomyśleć nad zwiększeniem stawki?
W tym momencie rebeliantowi puściły nerwy. Złapał go za kombinezon i przyparł do ściany.
– Słuchaj, ty sprzedajna gnido – uchylił płaszcza, aby pokazać mu kaburę na piersi – Gdyby nie to, że potrzebujemy wtyki w MO, już dawno leżałbyś tu z trzecim oczodołem. Zejdź mi z oczu!
– Co tylko powiesz, szefie.
Puścił go, a ten spokojnie poprawił pognieciony strój i odszedł w swoją stronę. Cień skierował się do ukrytego przejścia poza mury miasta. Przedzierał się przez zalewane strugami deszczu ulice, z obrzydzeniem przyglądając się kolejnym propagandowym plakatom. Kiedy mijały go patrole wojskowe, nerwowo poprawiał kaptur. Co prawda nie było za nim jeszcze listu gończego, ale wolał nie ryzykować. W pewnym momencie zaczepił go młody chłopak, na oko 17 letni.
– Hej, to ty! Cień, ten sławny rebeliant, prawda?
– Pomyliłeś mnie z kimś, chłopcze – Cień próbował zgasić jego entuzjazm – Nigdy nawet nie widziałem rebelianta.
– Ah, rozumiem, konsipracja, przecież musisz się ukrywać. Ten wybuch w bazie wojskowej pod Warszawą, słyszałem, że to wasza robota – Młodzieniec zdawał się być nim wręcz zauroczony – Chcę wam pomóc, przyłączyć się do rebelii.
– Spokojnie… Co ci tak prędko umierać? Lepiej wracaj do domu. Niedługo godzina policyjna.
– Ale.. Naprawdę chcę walczyć!
– Eh, masz jakieś imie?
– Konrad.
– Jeśli uznam, że się przydasz, znajdę cię. A teraz zjeżdżaj.
Chłopakowi wyraźnie zrzedła mina, ale posłusznie odwrócił się i skierował w innym kierunku.
„Ale mu się pali do walki” – myślał – „Dzieciak jeszcze nie wie co to wojna.”
Spojrzał przed siebie, gdzie zauważył funkcjonariusza zdecydowanie zbyt intensywnie przeszukującego jakąś kobietę. Odruchowo sięgnął do kabury, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie mógł po prostu zastrzelić go na ulicy. W mieście był bezsilny. Z żalem schował dłonie do kieszeni i przyśpieszył kroku.
Po kilku minutach wreszcie dotarł do przejścia. Była to po prostu obszerna piwnica, którą były właściciel powiększył na potrzeby produkcji niezbyt legalnego alkoholu. Szczęśliwym trafem wychodziła poza mury miasta, co pozwoliło na potajemne wkradanie się do środka lub odwrotnie – wystarczyło zrobić drugie wejście.
W lesie czekał już na niego samochód. Przejechał kawałek leśną dróżką i dalej wjechał już na utwardzoną szosę. Pare kilometrów dalej, przy starej stacji benzynowej, jego wóz nagle uderzył w pole siłowe. Lekko zamroczony zderzeniem złapał karabin leżący na tylnym siedzeniu i wyskoczył z pojazdu, biegnąć w stronę stacji. Z lasu zaczęli wyłaniać się żołnierze, a nad jego głową świstały już kule. Wskoczył przez okno, a raczej jego resztki i załadował karabin. Szybko zerknął za okno, licząc napastników. Dziesięciu.
„Cholera, mają mnie jak na widelcu” – pomyślał.
Wstał i wystrzelił krótką, celną serię, po czym natychmiast zmienił pozycję. Jeśli miał wyjść z tego żywy, musiał działać szybko i zdecydowanie.
Wychylił się z kolejnego okna, padły kolejne strzały i jeden z żołnierzy upadł z krzykiem. Reszta natychmiast odpowiedziała ogniem, lecz zdążył trafić jeszcze raz przed kolejną zmianą stanowiska.
Wychylił się zza drzwi i rzucił granat, po chwili usłyszał krzyki uciekających nieszczęśników, po czym okolicą wstrząsneła silna eksplozja. Wycelował w jednego ze zdezorientowanych przeciwników i nacisnął spust. Ponownie się ukrył i spokojnie przeanalizował sytuację. Trzech zabił granat, czterech zastrzelił, zostało trzech.
Wykopał drzwi i w biegu wymierzył w kolejnego piechociarza. Oddał celny strzał, lecz jeden z jego kolegów trafił go w ramię. Krzyknął z bólu i rzucił się za filar podtrzymujący dach nad dystrybutorami. Wystawił lufę zza przeszkody i zaczął ostrzeliwać las na ślepo. Wnioskując po jękach, trafił jednego. Wyjął pistolet i wyskoczył zza filaru, po chwili zabił ostatniego żołdaka jednym celnym strzałem. Wpadł do samochodu i pospiesznie zabandażował pokrwawione ramie, po czym przeciął kabel zasilający pole siłowe i odjechał w stronę bazy.
– Dowództwo, tu Cień, odbiór.
– Słyszymy cię głośno i wyraźnie.
– Jestem spalony w mieście, zastawili na mnie pułapkę pare chwil temu. Jestem ranny, zbliżam się do bazy. Bez odbioru.

Piąta część

30 lipca 2009

Obudził się obok roztrzaskanego śmigłowca. Nogę miał rozciętą przez całę udo. Rana najwyraźniej nie była zbyt głęboka, ponieważ mógł wstać, choć przy każdym ruchu noga bolała niemiłosiernie. wyjął z plecaka wojskową apteczkę, opatrzył ranę i wstrzyknął morfinę. Przeszukał helikopter -znalazł ciało Jonesa i Louisa, ale nigdzie nie było Gordona i Alyx… Cóż, widocznie przeżyli i już stąd uciekli. Mieli więcej szczęścia od niego. Sprawdził radiostację – na szczęście działała.
– Porucznik Maciej Grabowski do bazy warszawskiej, odbiór. Słyszycie mnie?
– Głośno i wyraźnie. Jak przebiegła akcja Borealis, poruczniku?
– Cholernie źle. Rozbiliśmy się w okolicach Radomia, Shaun, Jones i Louis nie żyją. Nie wiem, co się stało z Gordonem i Alyx. Sam jestem ranny, ledwo mogę chodzić. Proszę o wsparcie.
– Zrozumiałem. Wyślemy oddział A.R.A.M. Bez odbioru.

– Dzisiaj przecież nie mieliśmy żadnych zadań, pułkowniku – powiedział Wilk.
– Ale już macie. Koło Radomia rozbił się Orzeł 4. Na pokładzie znajdują się cenne dane. Prawdopodobnie jedynym ocalałym jest porucznik Maciej Grabowski.
– C-co? Maciej Grabowski? – Cień zbladł.
– Tak, Cień. Twój brat.
– Jade z nimi.
– Nie. Możesz chodzić, ale nie jesteś jeszcze gotowy wrócić do czynnej służby.
– MUSZĘ tam jechać. To mój brat, nie mogę go zostawić.
– Dobrze… Znając ciebie i tak cię nie powstrzymam. Tylko uważaj na siebie, kolejnego takiego postrzału możesz już nie przeżyć.
– Kula w zadku nie pasuje do moich planów, Lykan. O to się nie martw.

Ciekawe rzeczy Kombinat potrafi zrobić z ziemskim klimatem. Polskie niziny przemieniły się niemal w stepy, a Pomorza w pustynie. Łazik płynnie sunął po zakurzonych, dziurawych drogach, od czasu do czasu wzbijając tumany kurzu wjeżdżając w głębszy piach.
– Cień, kilkaset metrów na prawo widzę dwóch ludzi walczących z dość sporą grupką zombie – powiedział siedzący przy kaemie Wilk, odkładając od oczu lornetkę. – pomożemy im?
– Ok. Psychol, zjeżdżaj w prawo.

Przebycie dystansu dzielącego ich od otoczonych rebeliantów zajęło kilkanaście sekund. W odległości niecałych stu metrów cekaem zamontowany otworzył ogień, kawałek dalej Łuska i Cień otworzyli ogień z broni ręcznej. Powietrze wypełniło basowe terkotanie, uzupełnione seriami z broni ręcznej. Pod ogniem kaemu i czterech ręcznych karabinów szeregi żywych trupów szybko zaczęły topnieć. Psychol na pełnym gazie wjechał w grupkę zombiaków, przebijając się w stronę otoczonych. Zachamował obok nich.
– Wskakujcie!
Ocaleni wyglądali na zaskoczonych, ale nie trzeba było im dwa razy powtarzać – pośpiesznie wskoczyli na pakę. Wcisnął gaz do dechy i wybił się z otoczenia. Ich nowi towarzysze okazali się kobietą i mężczyzną – na oko dwudziesto-dwudziestodwuletni. Tak jak trzynastka.
– Witamy na pokładzie. Jak się nazywacie? – zaczął Cień.
– Kapitan Zosia Ba…
– Darujmy sobie stopnie. Konrad „Cień”, a to Magda „Łuska”, Wojtek „Wilk” i Patryk „Psychol”
– Zosia.
– Artur – wyrzekł żołnierz dotąd bandażujący ranę na przedramieniu – Dzięki za pomoc. Pojawiliście się w ostatniej chwili.
– W rebelii przeciwko tak licznemu wrogowi przyda się każda para rąk i każda lufa. Musimy trzymać się razem. Jedziemy właśnie z misją ratunkową dla załogi Orła 4.
– Orła 4? – przerwała Zosia – To helikopter tego oddziału, który miał przechwycić dane z Borealisa? Ten, któremu dowodził Gordon Freeman?
– Tak. Ale Freemana już tam nie ma. On i Alyx Vance znikneli ze strefy wypadku. Prawdopodobnie jedynym ocalałym jest porucznik Maciej Grabowski. Znany także jako Szrama. Ale skąd wy tu się wzieliście?
– Nasz oddział został wysłany do magazynu amunicji Kombinatu, ale oni jakoś się o tym dowiedzieli i przygotowali pułapkę. Okrążyli nas, mieli przewagę w liczebności i uzbrojeniu. Po wyrwaniu się z kotła, z ośmioosobowego oddziału zostało tylko nas dwoje.
– Rozumiem. Nie macie nic przeciwko dołączeniu do nas?
– Póki co nie mamy innych perspektyw…

Szrama ułożył się w kokpicie śmigłowca, aby odpocząć i choć troche się ukryć. Rana na nodze sprawiała mu coraz większe problemy, kiedy morfina przestała działać ból był nie do zniesienia. Raczej ciężko by mu było wstać w tym stanie. Wtedy usłyszał głośny, charakterystyczny ryk oraz zbliżający się tupot. Domyślił się, że to Hunter. Zapewne to jakiś zwiadowca, mający sprawdzić co tu się stało. Po chwili przez okna kokpitu widać było korpus tego modyfikowanego zwierzęta. Czujnie rozglądał się po wnętrzu helikoptera – sprawdzał, czy ktoś przeżył. Szrama nawet nie drgnął i wstrzymał oddech, aby Hunter uznał go za martwego. Na szczęście udało mu się. Zwierze odwróciło się i odbiegło spowrotem tam, skąd przybyło. Włączył radiostację.
– Orzeł 4 do A.R.A.M. 013, odbiór.
– Tu 013, słyszymy cie głośno i wyraźnie.
– Ile jeszcze mam tu leżeć, co?
– Spokojnie, Szrama. Jesteśmy już w drodze. E.T.A. 20 minut.

Dojechali na miejsce. Wszytko wydawało się jak trzeba… ale tylko się wydawało. Tuż po tym jak wyciągneli Szramę z wraku, z lasu wyjechały dwa APC. Drużyna szybko zapakowała się do wozu, a Cień ruszył z kopyta. Wjechał spowrotem na drogę, a tuż za nim pędziły transportery. Wywiązała się wymiana ognia pomiędzy ściganymi, a ścigającymi. Wilkowi, obsługującemu kaem, udało się zastrzelić kierowcę jednego z wozów. Cień jechał na złamanie karku, omijając dziury w drodze poszarpanej wybuchami. Kule co chwila świstały mu między uszami, a on lawirował pomiędzy przeszkodami na pełnym gazie. Na jednym z zakrętów zauważył kombinacką minę – nie były wkopywane w ziemię, więc wprawny żołnierz mógł je zauważyć. Ominął ją w ostatniej chwili, kierowca APC nie miał tyle szczęścia. Pojazd, poderwany wybuchem, przekoziołkował kilkanaście metrów i stanął w ogniu.

Wóz zatrzymał się przed betonowym zabudowaniem głównej bazy. Załoga wyszła z samochodu i skierowała swoje kroki do pokoju pułkownika. Tym razem jednak wartownik siedział cicho. Czegoś się jednak nauczył.
– Dzień dobry, panie pułkowniku – przywitał się Cień i wręczył mu pendrive – oto dane z Borealisa.
– Dobra robota, trzynastka. Widzę, że oprócz Szramy przywieźliście kogoś jeszcze.
– Tak, ich rozdział został rozbity. Proszę o zgodę do przydzielenia ich do mojego oddziału.
– Dobrze. Ich nowe pseudonimy to „Arto” i „DD”. Jeden z żołnierzy przydzieli im pokoje, odmaszerować.
– Tak jest.

Czwarta część

21 czerwca 2009

Otworzył oczy i natychmiast je zamknął, porażony mocnym światłem.
– Och, obudziłeś się.
Otworzył oczy po raz kolejny, tym razem na stałe. Leżał na łóżku w skrzydle szpitalnym bazy. Kilka metrów dalej stał jeden z medyków.
– Kiedy cie tu przywieźli, byłeś w opłakanym stanie, szczerze mówiąc, wątpiliśmy że można cie jeszcze uratować. Ale Łuska wybiła nam z to głowy. Gdybyśmy nie spróbowali, to by nas chyba rozsmarowała po ścianach.
– Taaak… Już trzeci raz uratowała mi życie. Mam szczęście mieć ją w oddziale. – odparł
– Nie da się temu zaprzeczyć.
Po paru dniach Cień mógł już swobodnie się poruszać. Według lekarzy, to prawdziwy cud, że tak szybko się wylizał.
Siedział teraz na zboczu pobliskiego wzgórza – było to jego ulubione miejsce. Lubił tam po prostu usiąść i rozmyślać.
Obok niego usiadła Łuska – dopiero w tej chwili ją zauważył.
– Cześć. Widzę, że twoja rana nie sprawia ci już problemów.
– Mhm. Głównie dzięki tobie.
– Wiesz… zawsze byłeś taki skryty. Opowiedz mi trochę o sobie… Masz rodzinę?
– Cóż, rodziców nie widziałem od początku wojny. Mam brata, ale jego nie widziałem od dwóch miesięcy. Mnie przydzielili tutaj, a jego wzieli na jakąś specjalną misję. Nazywał się… zresztą, teraz już używa się tylko pseudonimów. Nazywano go Szrama. Nie wiem, gdzie teraz jest… Nawet nie wiem, czy żyje.
– Przykro mi, że tak dawno go nie widziałeś… Ale na pewno żyje.
– Dzięki, ale nie musisz mnie pocieszać.

Pod helikopterem rozpościerały się wielkie, lodowe równiny Arktyki. Powoli zbliżali się do wielkiego lodołamacza – ogromnego, masywnego Borealisa. W maszynie siedziało 6 osób. Dr Gordon Freeman, Alyx Vance i czterech uzbrojonych po zęby żołnierzy.
– Plan jest taki: Alyx i Jones zostaną tutaj i przypilnują, żeby nic nie stało się z helikopterem, resztę oddziału pod dowództwem Szramy biorę ze sobą i sprawdzamy statek. – powiedział Freeman.
– Gordon, ale…
– Alyx, jeśli coś tam się stanie, ktoś musi ratować helikopter, żeby mieć później czym odlecieć. A tylko TY potrafisz pilotować ten złom.
Dziewczyna bynajmniej nie była z tego zadowolona, ale doktor miał rację – musiała zostać.
Wylądowali niedaleko, tam, gdzie śnieg był mocniej ubity. Ruszyli w stronę okrętu, jeden z żołnierzy zarzucił linę z kotwiczką i wdrapali się na pokład.
– Pokład jest czysty. Schodzimy niżej.
Szrama spróbował otworzyć drzwi prowadzące pod pokład – były zamknięte.
– Shaun, wysadź zamek.
– Tak jest.
Rebeliant nazwany Shaunem wyjął z plecaka niewielki ładunek i umieścił go na drzwiach. Po chwili rozległ się niewielki huk i drzwi stały otworem.
Zeszli na dół, rozglądając się dookoła. Było cicho. Za cicho.
– Doktorku, gdzie mamy szukać tego urządzenia? – spytał Szrama.
– Według planów jest pod pokładem, na rufie.
Wszedli do pokoju wyglądającego na spiżarnię, wypełnionego regałami pełnymi kolorowych pudeł.
– Cśśś… słyszeliście to?
– Jakiś pisk, to pewnie jakieś szczu-
Szrama nie zdążył dokończyć wypowiedzi, gdyż tuż obok siebie ujrzał szybko się zbliżający czerwony laser. Uchylił się i padł na ziemię, a zaraz po nim cała reszta.
– Co do cholery tutaj robią stalkery? – powiedział jeden z żołnierzy.
– To nie są zwykłe stalkery, spójrz na ich głowy… – odparł Szrama – w każdym razie jeśli nadal będziemy sobie tu gadać, to nas poszatkują!
Szrama i jego rozmówca wychylili się zza regałów i rozpoczeli ostrzał.
Kriss Super V, broń używana przez Szramę, była bronią wręcz idealną na bliskie dystanse. Średnią celność nadrabiał szybkostrzelnością i potężnym kalibrem .45 ACP.
Po chwili dwa stalkery leżały już bez ruchu na podłodze.
– Kombinat zastawił na nas pułapkę. – powiedział Szrama.
– Dwóch stalkerów? To miało nas powstrzymać? – odezwał się Shaun.
– Nie. Już za chwilę przywita nas kilka oddziałów żołnierzy.
Nie mylił się. W korytarzu czekało już dziesięciu napastników. Wybuchła strzelanina, część wrogiego oddziału wycowała się w głąb lodołamacza. Oddział rebeliantów nadal nacierał, wypierając żołnierzy z kolejnych pomieszczeń.
Dotarli do rufy lodołamacza po dwudziestu trupach, bez strat własnych, jedynie Shaun oberwał w ramię.
– Potrafisz to uruchomić, doktorze?
– Myślę, że dam radę. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Dr Freeman podszedł do konsoli, po paru minutach monitory oświetliły pokój delikatnym, niebieskim światłem
TELEPORTING SEQUENCE ACTIVATED. ALL PERSONNEL ABOARD WILL BE DISINTEGRATED. SEQUENCE WILL BEGIN IN TWO MINUTES.
– O cholera, BIEGIEM!
Oddział rzucił się do ucieczki korytarzami Borealisa, biegnąc w stronę wyjścia na pokład. Wpadli na górę i rzucili się z rufy do morza. Za nimi pojawił się wielki, oślepiający błysk, a lodołamacz zniknął.
Ostatnimi siłami dopłyneli do brzegu kry i wdrapali się na nią.
– Gordon, jesteście cali? Gordon? – rozległ się głos z krótkofalówki.
– Tak, Alyx… przemarznięci, ale żyjemy.
– O nie… Gordon, musimy stąd odlatywać… Antliony nas zaatakowały, około dwóch kilometrów na północ stąd jest dawna placówka naukowa. Będziemy tam na was czekać.
– Dobra, damy radę.
Przebijali się przez śniegi i lód Arktyki, często atakowani przez antliony. Podczas walki jeden z potworów dorwał Shauna kiedy ten przeładowywał. Śnieg wokół niego szybko nabrał szkarłatnej barwy. Chłopak został wręcz rozdarty na pół. Po walce przyklęknął przy nim Szrama.
– Kur*a… nie, nie, NIE. Mówiłem mu, że jest jeszcze niedoświadczony, że powinien zostać… Ale koniecznie chciał lecieć na tą misję…
Był wściekły. Na siebie, bo wkońcu się zgodził, na Shauna, na ten cholernie nieuczciwy los, był wściekły na cały świat.
Ale szedł dalej.
Po kilku godzinach dotarli do kompleksu badawczego, gdzie spotkali się z Alyx i Jonesem, i odlecieli.

Kiedy lecieli już nad Polską, komputer pokładowy wykrył zbliżającą się rakietę. Nie mieli flar. Alyx rozpaczliwie próbowała uniknąć zderzenia, ale nic nie zdziałała. Helikopterem wstrząsnął wybuch i spadli na ziemię.

SUBJECT: „SZRAMA”
STATUS: TERMINATED
REASON: LOSS OF MISSION CRITICAL RESOURCES

Trzecia część

20 czerwca 2009

Pod maską honkera terkotał czterocylindrowy silnik. Zgrzytnęły hamulce i wóz momentalnie się zatrzymał. W odległości kilkuset metrów było widać spory obiekt wojskowy.
– Wysiadamy, dalej musimy się skradać.
Wszyscy nasuneli na oczy noktowizory, przejęte z magazynów rozbitego Wojska Polskiego. Cień zdjął z ramienia swoje M4, przykręcił tłumik, włączył kolimator i przeładował. Skradali się przez łąkę, trzymali się nisko i starali się nie hałasować. Po kilku minutach czołgania się wśród trawy, dotarli tuż obok bocznego wejścia do bazy.
Dwóch strażników.
Cień nakierował kropkę celownika na głowę jednego z nich. Rozległo się ciche puknięcie, a zaraz po nim kolejne – drugim strzelcem była Łuska. Podnieśli się z trawy i szybko podbiegli do wejścia.
– Dobra, teraz się rozdzielamy. Ja i Wilk zgramy dane z komputerów. Łuska, weźmiesz Psychola i podłożycie ładunki. – wyszeptał Cień.
– Jasne. – odpowiedziała.
Cień i Wilk skradali się korytarzami pokrytymi zimną, kombinacką stalą. Po drodze do komputera nie napotkali większych problemów – zdjęli kilku żołnierzy, ale nikt ich nie zauważył.
Weszli do pomieszczenia z głównym komputerem, Wilk podszedł do niego, wyjął z plecaka laptopa i zaczął rozpracowywać system.
– Wilk, ktoś tu idzie. Ile czasu potrzebujesz?
– Jakieś 5 minut.
– Rozczaruję cię, ale nie mamy tyle czasu.
– Więc zrób coś – odpowiedział mu Wilk, nawet nie odwracając oczu od laptopa.
Rozległo się pukanie do metalowych drzwi.
– John, twoja zmiana już się skończyła, otwieraj.
Cień wyjął zza paska amerykański battle knife, i próbował udawać brzmienie głosu żołnierza kombinatu.
– Jasne, już ci otwieram…
Otworzył drzwi tak, żeby wchodzący żołnierz nie mógł go zobaczyć, a kiedy ten wszedł, wbił nóż w przestrzeń pomiędzy kevlarowym pancerzem, a maską.
Żołnierz cicho zachrypiał, a z jego gardła tryskała fontanna krwi, przy okazji nieźle ochlapując Cienia. Pchnięcie battle knife’em w tchawicę oznaczało prawie natychmiastową i – co najważniejsze – cichą śmierć.
– No cóż, nie to miałem na myśli… ale działa – powiedział Wilk.
Cień, Wilk, mamy kłopoty, wykryli nas przy podkładaniu ostatniego ładunku, jesteśmy przygnieceni ogniem! – Łuska krzyczała przez krótkofalówkę. – Jak nie przyjdziecie nam szybko na pomoc, to nas tu poszatkują!
– Dobra, będziemy jak najszybciej jak się da.
Lokacja ostatniego ładunku była dość niedaleka, więc mogli szybko się tam dostać. Tym bardziej, że już się nie skradali – jeśli wykryli Psychola i Łuskę, nie miało to już sensu. Na korytarzu ostrzelali kilku żołnierzy i dotarli na pozycję reszty drużyny.
– Wilk, granat plazmowy na pozycję kaemu, tuż po tym wchodzimy i wykańczamy niedobitków.
– Się robi!
Błyskawicznie załadował granatnik, wycelował i wypalił. Granaty pulsacyjne były jeszcze głośniejsze od konwecjonalnych, i jeszcze bardziej mordercze. Obsługa kaemu i kilku pobliskich żołnierzy zostali zdematerializowani. Na pole bitwy wpadli Cień i Wilk – mieli przewagę – zaskoczyli wroga, a na dodatek atakowali od tyłu, więc kilku pozostałych żołnierzy było oszołomionych i szybko zostali zneutralizowani.
– Łuska, Psychol, wyskakujcie stąd i spadamy, I TO SZYBKO, RUCHY!
Rzucili się do ucieczki korytarzem prowadzącym na zewnątrz. Kiedy biegli do terenówki, Cień dostał w plecy i upadł na ziemię.
Pocisk znacznego kalibru przebił się przez kamizelkę i utknął w brzuchu rebelianta.
– Cholera, Cień! – krzyknęła Łuska i pomogła mu wstać.
Na tylnej kanapie terenówki, trzęsącej się nie wybojach, poczuł jak odpływają z niego wszystkie siły, zaczął tracić czucie w kończynach.
Umierał.

Druga część

19 czerwca 2009

– Pobudka, śpiochu!
Cień powoli otworzył oczy i z wyraźnie niewesołą miną rozejrzał się po pokoju. Tuż przed nim stał Wilk. Zdecydowanie nie był to widok który chciał zobaczyć jako pierwszy po obudzeniu. Przy okazji, miał ochotę zabić go za to, że tak wcześnie do niego przyszedł. W drzwiach, opierając się o framugę, stała Łuska. Tak, to był zdecydowanie przyjemniejszy widok.
– Wilk, po**bało cię? Dopiero szósta rano…
– Zapomniałeś, że musimy jeszcze zgłosić się na ćwiczenia i przygotować się do misji. No i ponoć mają nam dzisiaj rozdać nowy sprzęt.
– Cholerny Lykan… Zawsze przygotuje mi ćwiczenia wczesnym rankiem.
Wilk i Łuska wyszli na zewnątrz, zapewne poszli obudzić Psychola. Cień wstał z łóżka i zaczął wkładać mundur.
Spojrzał na zegarek – 6.05, a ćwiczenia zaczynały się o 6.40. Miał jeszcze sporo czasu. Postanowił wyczyścić swój karabin, bo ostatnio ostro go traktował, a nikt nie lubi kiedy broń zacina się w środku starcia.
Ciekawe, co to za nowy sprzęt mamy niby dostać. – pomyślał – Lykan nigdy nam nie przydzielał nowego wyposażenia.
Skończył czyścić swoje M4 i sprawdził czy wszystkie mechanizmy działają jak należy. Zwrócił uwagę na godzinę – była 6.30. Założył kamizelkę kuloodporną, przypiął kaburę pistoletu do pasa, zarzucił karabin na ramię i wyszedł na korytarz poszukać swojego oddziału.
Idąc korytarzem rozmarzył się, że po zakończeniu wojny, choć na razie się na to nie zapowiadało, dostanie jakieś porządne wynagrodzenie za służbę w A.R.A.M. i kupi sobie duży, luksusowy dom i szybki samochód. Last but not least, zaczął marzyć o Łusce. Z tego błogiego stanu wyrwały go krzyki dochodzące z dalszej części korytarza.
– To nie moja wina, że nie trafiłeś do A.R.A.M. Sam sobie prze**bałeś kartotekę ćpaniem!
Za rogiem zobaczył Wilka trzymającego jakiegoś żołnierza za kamizelkę, obaj byli zdenerwowani i kłucili się.
– Hej, panowie, uspokójcie się, zanim dojdzie do rękoczynów. – powiedział Cień.
– To nie ja, do cholery jasnej, zacząłem tą dyskusję. – warknął Wilk i puścił nieznanego Cieniowi faceta.
Po krótkiej wymianie spojrzeń, mając na uwadze obecność żołnierza wyższego rangą, obaj rozeszli się w swoje strony.
– Kto to był?
– Stary znajomy… obwinia mnie, że ja dostałem się do A.R.A.M., a on nie. Nie dopuścili go, bo kiedyś przyłapano go jak ćpał jakieś narkotyki.
– Rozumiem, nie będe się wtrącał w twoje sprawy.
Dołączyli do reszty oddziału i wyruszyli w stronę poligonu na ćwiczenia.
Standardowe treningi A.R.A.M. niczym się nie wyróżniały – trzy kółka, dwa razy przebiec tor przeszkód i strzelnica. Ale dzisiaj miały dojść testy nowego wyposażenia.
Po zakończeniu standardowych ćwiczeń, trafili do czekającego już na nich Lykana.
– A więc dzisiaj dostaniecie nowy sprzęt. Cień – ty dostaniesz celownik optyczny ACOG z funkcją noktowizora. Wilk, ty dostaniesz zestaw prototypowych granatów pulsacyjnych. Psychol, ty dostaniesz podręczny radar, potrafi wykryć nawet Huntery. A dla ciebie, Łuska, mamy specjalną amunicję dalekosiężną. A zamiast tej starej kupy złomu dostaniecie Honkera.
– Świetnie, w końcu jakiś porządny wóz. – odparł Cień.
– Przejdźmy teraz do waszego nowego zadania. Waszym celem jest zinfiltrować bazę Kombinatu na wschód od Warszawy – zgrać dane z komputerów, podłożyć ładunki C4, ewakuować się i wysadzić budynek.
– Tak jest, pułkowniku.
– A teraz idźcie przetestować nowy sprzęt, za 4 godziny wyruszacie na misję.

Pierwsza część

17 czerwca 2009

Czerwony pick-up powoli sunął zniszczoną, dziurawą drogą, otoczoną z obu stron przez las. Drzewa migały za oknami, a otoczenie pozornie wyglądało na puste. Można by pomyśleć, że właściwie nic się tutaj nie stało. Jeśli spojrzeć dokładniej, można jednak było od czasu do czasu zobaczyć kręcące się po okolicy stworzenia z Xen. Mimo to, gdyby nie przyglądać się mieszkańcom lasu, można by pomyśleć, że to kolejny, zwykły dzień na Ziemi. Tymczasem przez naszą planetę, zaledwie kilkanaście miesięcy temu, przewinął się największy konflikt w historii. Pomimo tego, że był najkrótszy, zebrał najkrwawsze żniwo ze wszystkich. Wojna Siedmiogodzinna.
– Cholera, Psychol, mówiłeś, że mamy paliwa do pełna, a ono się właśnie skończyło!
– Że jak?! Powinno nam starczyć benzyny do samej Warszawy… Może to przez to, że tak szarżowałeś przy pościgu z APC.
– Może, ale teraz jesteśmy unieruchomieni.
– Chłopaki, uspokójcie się, kawałek dalej jest wioska, na pewno znajdziemy tam jakiś kanister. – wtrąciła się Łuska.
– Racja. Przygotujcie się, za minutę ruszamy.

Cień przeładował swoje M4, niedbale zarzucił je na ramię i na wszelki wypadek odpiął kaburę swojego Colta 1911. Odwrócił się w stronę swojej drużyny – byli doświadczeni i wszyscy w ciągu minuty zdążyli się dokładnie przygotować.
– Dobra, wszyscy gotowi, idziemy.
Niewielka grupka ruszyła brzegiem drogi w kierunku wioski. Po okolicy błądziło kilka stworzeń, ale nie zwracały uwagi na ludzi. Dopóki się do nich nie zbliżyć, nie były agresywne. Zupełnie jak nasze zwierzęta.
Po krótkim spacerze ten mały pochód dotarł na miejsce. Zaczęli przeszukiwać domy i garaże. Większość stała pusta, z zaledwia kilkoma zniszczonymi meblami. Widocznie część mieszkańców się stąd wyniosła. W jednym z garaży znaleźli starego, zardzewiałego Żuka, prawdziwy zabytek. A w rogu stał upragniony kanister.
– Tutaj! Mam kanister, jest prawie pełny. – krzyknął Psychol.
– Dobra robota, zwija-
Wtedy powietrze przeciął przerażający krzyk, wręcz niemożliwy do opisania. Krzyk martwych.
– Jasna cholera, zombiaki! – krzyknął Wilk.
– Psychol, pakuj kanister do plecaka i spadamy stąd, główne drzwi są zablokowane, wychodzimy przez okno!
Jedno z frontowych okien rozsypało się w setki kawałeczków, a przez nie wpadł obdarty ze skóry, kontrolowany przez Xeniańskie zwierze człowiek. Rzucił się w kierunku Cienia, a ten wręcz zamarzł w bezruchu. Patrzył się na nadbiegającego martwego, i nie mógł nic zrobić. Strach go unieruchomił. W kilka sekund zombiak przygwoździł go do podłogi i kiedy już miał zacząć rozdzierać go na części, seria z karabinku pozbawiła go głowy. Łuska miała wyczucie czasu, nie da się temu zaprzeczyć.
– Cień, co ty wyprawiasz?! Nigdy tak nie stanąłeś w środku walki!
– Nie wiem, nie mogłem się ruszyć… Ale nie mamy teraz czasu, uciekamy przez okno, zanim zombiaki wywalą drzwi!
Pierwszy zareagował Wilk i sprawnym skokiem wypadł przez okno, przeturlał się i wystrzelił z granatnika w kierunku grupki martwych. Walczących zasypał desz krwi i urwanych członków
Dalej oddział kolejno wyskakiwał i rzucili się do ucieczki. Ostrzeliwując pościg, dotarli do pick-upa i Psychol zaczął napełniać bak.
– Dobra, gotowe, wsiadajcie i spadamy stąd, go go go!
Cień wskoczył za kierownicę, odpalił wóz i wrzucił ręczny. Wprowadził go w poślizg, jakimś cudem zmusił to wielkie bydle do obrotu o 180 stopni i ruszył z piskiem opon. Po chwili zmasakrowana ręka, wyciągnięta przez okno, zaczęła sięgać do jego gardła. Błyskawicznym ruchem wyjął swojego Colta i wpakował cały magazynek w głowę tego ścierwa. Miał dobre przeczucie aby odpiąć kaburę. W każdym razie byli już bezpieczni. Stosunkowo bezpieczni.
Tym razem paliwa starczyło do Warszawy, a raczej do miejsca kilka kilometrów pod nią, czyli bazy polskiej rebelii.
Podczas wchodzenia do bazy trzeba było przejść przez pokój wypełniony kamerami i skanerami, a później obok wartownika. Kiedy oddział przechodził obok niego, ten zaczął coś mruczeć, że dziewczyna w elitarnym oddziale to jakieś żarty. Łuska do spokojnych nie należała, więc dalszy rozwój sytuacji można było łatwo przewidzieć. Z całej siły przyłożyła mu z liścia.
Wartownik już miał się odwinąć, ale po chwili patrzył już w zimną lufę Colta 1911.
– Jak ją dotkniesz, to twój mózg będą zeskrobywać ze ściany do jutra.
Strażnik odsunął się i zdenerwowany odszedł do stolika i wziął kubek z kawą.
– Cholerni żołnierze A.R.A.M., myślą że mogą się tu rządzić, sku**iele…
W tym momencie kubek z kawą rozprysnął się, a w jego rękach zostało tylko ucho.
– Słyszałem ten komentarz, dupku! – warknął Cień, trzymając w ręku dymiącego Colta.
Przeszli dalej, w głąb bazy, na spotkanie z pułkownikiem.
– Ah, trzynastka. Jesteście. Jak się powiodła wasza misja? – powiedział pułkownik.
– Lykan, do cholery jasnej, dlaczego nam nie powiedziałeś że ta fabryka produkuje jakieś pier**lone miniatomówki? Jeden błąd i całe województwo poszło by z dymem! – zaczął się wydzierać Cień.
– Cóż, mam do was zaufanie. Jesteście moim najlepszym oddziałem, a wiedząc, jak bardzo nie lubisz broni atomowej, nie mogłem ryzykować że odmówicie.
– Czyli nasze życie nie jest wystarczająco ważne?
– Tego nie powiedziałem. Jutro dostaniecie kolejną misję, możecie się rozejść do kwater.
– Tak jest, pułkowniku. ­- odparł z nieukrywaną złością Cień.
Wyszli z pokoju i skierowali się w stronę wschodniego skrzydła bazy, gdzie mieli swoje pokoje.
– Do zobaczenia jutro, drużyno. – rzucił Cień i skierował się w swoją stronę.
Otworzył drzwi i wszedł do środka. Wszytko leżało tak, jak to zostawił trzy dni temu. Czyli większość rzeczy byla rozrzucona po całym pomieszczeniu. Zdjął plecak, rozładował swoje M4 i położył na półce. Położył się na łóżku, i zaczął rozmyślać.
– Tym razem nam się udało, ale jak długo będziemy potrafili uciekać…? – wyszeptał.