Archive for Czerwiec 2010

Część ósma

18 czerwca 2010

– No, no. Ładnie nas urządzili – rzucił Arto, spoglądając na gruzy, a potem na mapę – Czeka nas kawał drogi zanim dołączymy do reszty. No dobra. Ja idę na szpicy, Charlie mnie ubezpiecza. Delta, idź pare metrów za nami i miej oko na tyły. Jakieś pytania?
– Zróbmy to – żołnierz, który miał go ubezpieczać, szczęknął zamkiem swojej MP5ki.
Arto schował mapę do kieszeni i ruszył korytarzem. Grube, betonowe ściany starej placówki wojskowej mieszały się z chłodnym materiałem przypominającym stal, gęsto używanym przez Kombinat. Niepokojąca pustka i sterylność tych przejść trzymała rebeliantów w napięciu, żaden z nich nie opuszczał broni choćby na moment. Na rozgałęzieniu korytarza trafili na to, czego porucznik się obawiał. Zza umocnionej workami z piaskiem pozycji wyglądał karabin maszynowy.
– Ma ktoś jeszcze błyskdymki?
Obaj jedynie pokręcili głowami. Wszyscy trzej mieli raczej wspierać wspierać grupę ogniem, a nie szturmować, więc granaty błyskowe mieli ze sobą inni.
– No to mamy problem. Jakieś pomysły, panowie?
– Teraz albo nigdy… – Brytyjczyk wyszarpnął granat odłamkowy i rzucił się w stronę skrzyżowania.
– Nie! – próbowali go powstrzymać, ale wyszarpnął się z uchwytu sierżanta. Frag osiągnął swój cel, ale zanim doszło do eksplozji kaem zdążył otworzyć jeszcze ogień. Wielokrotnie trafiony kapral upadł na ziemię tuż przed wybuchem. Żołnierze ubezpieczający tyły karabinu przybiegli na pomoc, ale po krótkiej wymianie ognia z ukrytymi po obu stronach przejścia rebeliantami obaj zakończyli żywot.
– Cholera… dorwali Jima… fuckers!
– Wstawaj, Delta. Jak się nie ruszymy, to skończymy tak samo.
Sierżant skinął głową i zerwał nieśmiertelnik byłego kompana.
Oddziały Kombinatu faktycznie nie przewidziały rozdzielenia grupy. Przez dłuższy czas nie napotkali żadnego oporu, dopiero luźny patrol, najwyraźniej nie wiedzący czego się spodziewać, przerwał tą sielankę. Zaatakowany z zaskoczenia oddział już na początek stracił dwóch ludzi. Arto, niefortunnie zmieniając osłonę, dostał w nogę. Kula dosłownie otarła się o ciało, omijając mięśnie i kości. Mimo kontuzji dalej prowadził ogień i z pomocą sierżanta szybko uporali się z pozostałymi trzema.
– Dobra, to chyba ostatni – zarzucił karabin na plecy, aby zabandażować nogę, lecz nagle szczupła postać w białym kombinezonie mu w tym przeszkodziła. Zanim mógł zareagować, powaliła jego towarzysza, po czym z bliskiej odległości wycelowała w niego pistolet. Szybkim ruchem wytrącił broń napastnika, jednak zaraz po tym otrzymał silnego kopniaka w brzuch, co przewróciło go na podłogę. Postać wyjęła nóż i kiedy miała już zakończyć walkę, pojedynczy huk przeciął powietrze i zabójczyni bezwładnie opadła. Delta zdążył ocknąć się z otumanienia i wyjąć pistolet.
– Uf, było blisko. Co to za pieprzony ninja?
– Nie mam pojęcia, ale lepiej bandażuj te nogę i znikajmy stąd.
Na szybko zatamował krwawienie, osłaniany przez Brytyjczyka.
– Gotowy? – zapytał Delta – Co do…? – Arto wymierzył pistolet w jego stronę i oddał strzał. Anglik już wycelował w niego broń, kiedy usłyszał jak coś miękkiego uderza o ziemię. Odwrócił się i zobaczył, że to ciało pasigłówka wypadło z szybu wentylacyjnego za jego plecami.
– Huh, no to jesteśmy kwita.
Arto jedynie się uśmiechnął i schował pistolet do kabury. Kontynuowali podróż przez obszerny budynek bazy, co dziwne, nie napotykając żadnych patroli. W jednym z korytarze nagle otwarły się ciężkie, metalowe drzwi. Obaj błyskawicznie wycelowali w tym kierunku.
– Tawarisz, nie strielaj! Ja nastojaszczij bolszewik! – z łatwością poznał ten głos.
– Ty nastojaszczij idiota. Nie rób tego więcej, prawie cie zastrzeliłem.
– Ciebie też dobrze widzieć, brachu – Wilk kontynuował swoje żarty.
– Wilk, to nie czas na kabaret – Cień, choć w cywilu również nie był duszą towarzystwa, w czasie misji zachowywał zimny profesjonalizm. – Gdzie Charlie?
– Nie żyje – westchnął – Przykro mi, poruczniku Burton.
– Musimy ruszać. Im szybciej się stad wyrwiemy, tym lepiej. Stąd już nie daleko.
Musieli się dostać do wyznaczonego wcześniej miejsca wyłomu, gdzie w pobliżu czekał już na nich jeden z dwóch Rosomaków batalionu.
Punkt wyłomu okazał się zasadzką – cały czas byli śledzeni. Kilkunastu żołnierzy i jeden Hunter zaatakowały tuż po wysadzeniu ściany. Łuska została przyszpilona do ziemi przez syntha, który odciągnął ją do tyłu, za zamykającą się gródź.
– Łuska! Nie! – Cień chciał rzucić się jej na pomoc, ale Wilk złapał go za ramie.
– Nic już dla niej nie zrobisz! Zabijesz się!
Jednak dopiero z pomocą czarnoskórego porucznika udało się go odciągnąć. Reszta oddziału osłaniał ich już spoza wyłomu. Opór Cienia osłabł, kiedy gródź zamknęła się już na dobre. Dopiero wtedy dał się odprowadzić do transportera; zdawał się nie zwracać w ogóle uwagi na świstające wokół pociski.
Kiedy wycofywali się na bezpieczną odległość, odezwało się basowym dudnieniem trzydziestomilimetrowe działko ukrytego w lesie Rosomaka. Pod naporem ognia druga strona umilkła. Wilk i Jake wepchnęli Cienia do pojazdu; był jak w transie, łzy spływały mu po twarzy.
Arto wykrztusił tylko do interkomu krótkie „jedź”, po czym w wozie, oprócz hałasu silnika, zapadła martwa cisza.

Reklamy