Część ósma

18 czerwca 2010

– No, no. Ładnie nas urządzili – rzucił Arto, spoglądając na gruzy, a potem na mapę – Czeka nas kawał drogi zanim dołączymy do reszty. No dobra. Ja idę na szpicy, Charlie mnie ubezpiecza. Delta, idź pare metrów za nami i miej oko na tyły. Jakieś pytania?
– Zróbmy to – żołnierz, który miał go ubezpieczać, szczęknął zamkiem swojej MP5ki.
Arto schował mapę do kieszeni i ruszył korytarzem. Grube, betonowe ściany starej placówki wojskowej mieszały się z chłodnym materiałem przypominającym stal, gęsto używanym przez Kombinat. Niepokojąca pustka i sterylność tych przejść trzymała rebeliantów w napięciu, żaden z nich nie opuszczał broni choćby na moment. Na rozgałęzieniu korytarza trafili na to, czego porucznik się obawiał. Zza umocnionej workami z piaskiem pozycji wyglądał karabin maszynowy.
– Ma ktoś jeszcze błyskdymki?
Obaj jedynie pokręcili głowami. Wszyscy trzej mieli raczej wspierać wspierać grupę ogniem, a nie szturmować, więc granaty błyskowe mieli ze sobą inni.
– No to mamy problem. Jakieś pomysły, panowie?
– Teraz albo nigdy… – Brytyjczyk wyszarpnął granat odłamkowy i rzucił się w stronę skrzyżowania.
– Nie! – próbowali go powstrzymać, ale wyszarpnął się z uchwytu sierżanta. Frag osiągnął swój cel, ale zanim doszło do eksplozji kaem zdążył otworzyć jeszcze ogień. Wielokrotnie trafiony kapral upadł na ziemię tuż przed wybuchem. Żołnierze ubezpieczający tyły karabinu przybiegli na pomoc, ale po krótkiej wymianie ognia z ukrytymi po obu stronach przejścia rebeliantami obaj zakończyli żywot.
– Cholera… dorwali Jima… fuckers!
– Wstawaj, Delta. Jak się nie ruszymy, to skończymy tak samo.
Sierżant skinął głową i zerwał nieśmiertelnik byłego kompana.
Oddziały Kombinatu faktycznie nie przewidziały rozdzielenia grupy. Przez dłuższy czas nie napotkali żadnego oporu, dopiero luźny patrol, najwyraźniej nie wiedzący czego się spodziewać, przerwał tą sielankę. Zaatakowany z zaskoczenia oddział już na początek stracił dwóch ludzi. Arto, niefortunnie zmieniając osłonę, dostał w nogę. Kula dosłownie otarła się o ciało, omijając mięśnie i kości. Mimo kontuzji dalej prowadził ogień i z pomocą sierżanta szybko uporali się z pozostałymi trzema.
– Dobra, to chyba ostatni – zarzucił karabin na plecy, aby zabandażować nogę, lecz nagle szczupła postać w białym kombinezonie mu w tym przeszkodziła. Zanim mógł zareagować, powaliła jego towarzysza, po czym z bliskiej odległości wycelowała w niego pistolet. Szybkim ruchem wytrącił broń napastnika, jednak zaraz po tym otrzymał silnego kopniaka w brzuch, co przewróciło go na podłogę. Postać wyjęła nóż i kiedy miała już zakończyć walkę, pojedynczy huk przeciął powietrze i zabójczyni bezwładnie opadła. Delta zdążył ocknąć się z otumanienia i wyjąć pistolet.
– Uf, było blisko. Co to za pieprzony ninja?
– Nie mam pojęcia, ale lepiej bandażuj te nogę i znikajmy stąd.
Na szybko zatamował krwawienie, osłaniany przez Brytyjczyka.
– Gotowy? – zapytał Delta – Co do…? – Arto wymierzył pistolet w jego stronę i oddał strzał. Anglik już wycelował w niego broń, kiedy usłyszał jak coś miękkiego uderza o ziemię. Odwrócił się i zobaczył, że to ciało pasigłówka wypadło z szybu wentylacyjnego za jego plecami.
– Huh, no to jesteśmy kwita.
Arto jedynie się uśmiechnął i schował pistolet do kabury. Kontynuowali podróż przez obszerny budynek bazy, co dziwne, nie napotykając żadnych patroli. W jednym z korytarze nagle otwarły się ciężkie, metalowe drzwi. Obaj błyskawicznie wycelowali w tym kierunku.
– Tawarisz, nie strielaj! Ja nastojaszczij bolszewik! – z łatwością poznał ten głos.
– Ty nastojaszczij idiota. Nie rób tego więcej, prawie cie zastrzeliłem.
– Ciebie też dobrze widzieć, brachu – Wilk kontynuował swoje żarty.
– Wilk, to nie czas na kabaret – Cień, choć w cywilu również nie był duszą towarzystwa, w czasie misji zachowywał zimny profesjonalizm. – Gdzie Charlie?
– Nie żyje – westchnął – Przykro mi, poruczniku Burton.
– Musimy ruszać. Im szybciej się stad wyrwiemy, tym lepiej. Stąd już nie daleko.
Musieli się dostać do wyznaczonego wcześniej miejsca wyłomu, gdzie w pobliżu czekał już na nich jeden z dwóch Rosomaków batalionu.
Punkt wyłomu okazał się zasadzką – cały czas byli śledzeni. Kilkunastu żołnierzy i jeden Hunter zaatakowały tuż po wysadzeniu ściany. Łuska została przyszpilona do ziemi przez syntha, który odciągnął ją do tyłu, za zamykającą się gródź.
– Łuska! Nie! – Cień chciał rzucić się jej na pomoc, ale Wilk złapał go za ramie.
– Nic już dla niej nie zrobisz! Zabijesz się!
Jednak dopiero z pomocą czarnoskórego porucznika udało się go odciągnąć. Reszta oddziału osłaniał ich już spoza wyłomu. Opór Cienia osłabł, kiedy gródź zamknęła się już na dobre. Dopiero wtedy dał się odprowadzić do transportera; zdawał się nie zwracać w ogóle uwagi na świstające wokół pociski.
Kiedy wycofywali się na bezpieczną odległość, odezwało się basowym dudnieniem trzydziestomilimetrowe działko ukrytego w lesie Rosomaka. Pod naporem ognia druga strona umilkła. Wilk i Jake wepchnęli Cienia do pojazdu; był jak w transie, łzy spływały mu po twarzy.
Arto wykrztusił tylko do interkomu krótkie „jedź”, po czym w wozie, oprócz hałasu silnika, zapadła martwa cisza.

Chwilowy przebłysk internetu

3 lutego 2010

No i dzięki niemu wrzuciłem siódmą część. Czyta to ktoś jeszcze? Dać głos w komentarzach, żebym wiedział czy mam dalej pisać D:<

Siódma część

3 lutego 2010

Brudne lampy w stołówce dawały tak niewiele światła, że wewnątrz panował niemal półmrok. Cień wychylił się do tyłu na krześle, strzepując okruchy z munduru. Błogi stan lenistwa został przerwany przez komunikat dochodzący z krótkofalówki.
– Trzynastka, jazda na odprawę. Pułkownik czeka.
– Eh… co tym razem – westchnął z nieukrywanym wyrzutem – od dwóch miesięcy nie mieliśmy luzu więcej niż jeden dzień…
Dopił resztę herbaty z blaszanego kubka i szybkim krokiem wyszedł ze stołówki, kierując się w stronę biura Lykana. Po drodze spotkał Psychola, w pośpiechu dopinającego mundur.
– Lykan nigdy nie da mi się wyspać, co?
– Wyspać? Człowieku, jest dopiero szósta wieczorem… ile ty chcesz spać?
– Ile się da…
Na miejscu czekała już na nich reszta oddziału i oczywiście ich dowódca. Na jego twarzy można było zauważyć wyraźne zmartwienie, choć próbował to ukryć.
– Właśnie dostaliście szansę wpłynąć na losy tej wojny. Nasz wywiad złożył raporty że w kompleksie badawczym Kombinatu około 90 kilometrów stąd przetrzymywany jest kryształ pochodzący z Xen. Dr Kleiner twierdzi że owe próbki mogą pozwolić na zakłócenie działania portali, przez co Kombinat zostanie odcięty od swojego pierwotnego świata. Waszym zadaniem jest odzyskanie tych próbek i przestransportowanie ich na południe, gdzie przebywa dr Kleiner. Jednak nie będziecie sami. Rząd brytyjski, uznając powagę sytuacji, przysłał elitarny oddział Wolfpack. Będzie on pod twoim dowództwem, Cień. Miejsce spotkania jest zaznaczone na tej mapie.
– Tak jest, sir.
– Cień, zostań tu na chwilę.
Nieco zaskoczony zaistniałą sytuacją stanął przed pułkownikiem.
– Tak?
– Wolfpack zawsze działał sam, więc mogą być troche szorstcy w stosunku do twojego dowództwa. To dobrzy żołnierze, ale zwykle przyjmują rozkazy tylko od ludzi naprawdę wysoko położonych. Musisz z nimi ostro postępować jeśli chcesz zdobyć ich szacunek.
– To da się załatwić.
– I uważaj na siebie. Chcę żebyście wrócili w komplecie.

Przybyli na miejsce spotkania, na obrzeżu lasu. Humvee którym przyjechali został zakamuflowany. Musieli go porzucić, bo cała akcja odbywała się bez użycia pojazdów, utrudniając wrogowi wykrycie rebeliantów. Staneli na polance, ale wszędzie dookoła było pusto. Jedynie Cień rzucał kamykami w trawę. Łuska spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
– Testuję ich… Daj znak.
Trzykrotnie zagwizdała, po czym z miejsca w które rzucał Cień podniósł się umundurowany mężczyzna i podzedł do nich.
– Gratuluję spostrzegawczości. Kapitan Konrad Grabowski, jak mniemam? – przytaknął – Porucznik Jake Burton, Siły Lądowe Jej Kró-
– Darujmy sobie część oficjalną. Od teraz posługujemy się tylko pseudonimami. Ty i twoi ludzie przybierzecie nazwy kodowe Alfa, Bravo, Charlie i Echo. Nasze dostaliście podczas odprawy. A teraz bierzcie dupy w troki i ruszamy.
– Dobra chłopaki, wyłazić.
Spomiędzy drzew wyłoniły się kolejne trzy uzbrojone postaci. Trzynastka ruszyła przodem, a Wilki objęły rolę tylnej straży.
– U nich nawet medyk nie jest kobietą, huh?
– Do Wilków nie wpuszczają kobiet – powiedział Cień – dlatego właśnie my jesteśmy lepsi.
Łuska i DD odpowiedziały mu uśmiechami, a Wilk ledwo powstrzymał się od śmiechu. Po kilkudziesięciu minutach skradania się przez wysoką trawę, unikając światła szperaczy, podeszli pod mury bazy. Psychol podłożył ładunki na ścianie, za którą według planów miał znajdować się korytarz prowadzący najkrótszą drogą do miejsca gdzie przechowywany jest kryształ.
– Jak już wysadzimy sobie wejście, nie będzie odwrotu. Zrobi się tu małe piekło.
Kiedy wszyscy byli na pozycjach, okolicą wstrząsnęła silna eksplozja, po czym cała dziesiątka wbiegła na korytarz. Kilkanaście sekund później zabrzmiały syreny alarmowe i pierwsze wystrzały rozcięły powietrze. Strażnicy byli tak zaskoczeni że nie byli w stanie stawić sensownego oporu. Niewielu było w stanie odpowiedzieć celnym ogniem. Na końcu każdego korytarza znajdowały się potężne stalowe drzwi, zamykane na kod.
– Wilk, zamknij śluzę, to ich trochę spowolni!
Podbiegł do konsoli, odłączył panel i ręcznie zamknął drzwi, po czym spowodował zwarcie w obwodach. Arto odetchnął z ulgą, pietnaście milimetrów stali zapewniało im chwilę względnego spokoju.
– Nie dysz – rzucił Szrama – To dopiero początek.
– Wsadź sobie w dupę ten początek -wskazał na poszarpany rękaw munduru – Mnie już kule głaskają.
– Później wymienicie się ploteczkami na temat wojennych wrażeń – Cień zdecydował się przerwać konwersację, zanim się rozwiną – Przypominam wam, że jesteśmy po uszy w gównie. Idziemy. Psychol, na szpicę.
Szrama wydawał się lekko urażony decyzją swojego brata, ale nikt nie oponował i ruszyli w drogę. Kilkadziesiąt metrów dalej oddział strażników, niczego się nie spodziewając, wychodził właśnie na korytarz. Wprost na nich.
Psychol na przedzie nie znalazł się przypadkiem. Uzbrojony w strzelbę Franchi SPAS-12, ten fan walk na bliskie dystanse, w ciasnych pomieszczeniach był prawdziwą maszyną do zabijania.
Półautomatyczna strzelba ujadała niczym rasowy, szkolony do walk amstaff. Krótko i głośno. Śmiercionośnie. Wynagradzając wszelkie niepowodzenia swego pana, których doznał przez lata wojny. Walka zakończyłą się zanim żołnierze zdążyli zareagować. Rozpryskowe pociski, mimo solidnego opancerzenia przeciwników, dotkliwie zmasakrowały ich ciała. Podłoga została obficie spryskana posoką, a jeden z nich został pozbawiony głowy dobrze wymierzoną chmurą pocisków.
Jeden z Brytyjczyków z uznaniem spojrzał na Psychola, ładującego dymiącego jeszcze SPASa. Szybko posuwali się do przodu, likwidując kilka grup stawiających nikły opór. Jedynie podczas przechodzenia przez magazyn żywności natknęli się na silny opór. Grupa około dwudziestu kilku żołnierzy, z kaemem i automatycznym punktem ogniowym, stanowiła już poważną przeszkodę. Jednak zsynchronizowana akcja przy użyciu błyskdymek, przygotowujących pole manewru dla szturmu mającego za zadanie wysadzenie wieżyczki i eliminację żołnierzy, będąc ubezpieczanym przez Łuskę. Jednym celnym strzałem pozbyła się kaemisty, po chwili wybuch zasygnalizował wypadnięcie z gry wieżyczki. Rebelianci szybko wykończyli ogłuszonych i wycofujących się żołnierzy.
Jak na misję w sercu ważnej bazy wojskowej, szło im całkiem łatwo. Wręcz zbyt łatwo.
Pomieszczenie z próbkami bronione było przez grupę elitarnych żołnierzy w białych kombinezonach. Ci nie dali się zaskoczyć. Po ciężkiej wymianie ognia oddział wyszedł jedynie z rannym porucznikiem Burtonem. Co pewnie zmieniło by się, gdyby nie przewaga liczebna rebeliantów, bo choć nad zwykłymi żołnierzami górowali wyszkoleniem, to elita już dorównywała, a czasem nawet przewyższała ich pod tym względem.
Mały, metalowy kontener z kryształem spoczywał na stole w głębi pokoju. Cień wrzucił go do plecaka i zaczęła się druga faza misji.
– Arto, weź dwóch Brytyjczyków i osłaniaj nasze tyły – w oddali było już słychać żołnierzy – Chcą nas zajść z drugiej strony.
– Się robi. Charlie, Delta, idziecie ze mną.
Dwóch wyspiarzy z pewną niechęcią ruszyło za porucznikiem. Rzut oka na ich mundury pozwolił mu stwierdzić, że jeden z nich jest sierżantem, a drugi zaledwie kapralem. Musieli bezsprzecznie przyjąć jego dowództwo. Czego zresztą nie znosił. Wysoki stopień przyjął jedynie pod naciskiem swojego dowódzcy. Niektórzy twierdzili, że sprawdził by się w tej roli, jednak on tak nie uważał. Nienawidził dowodzić, więc oddzielenie od reszty przyjął z równą niechęcią co pozostała dwójka.
Kiedy znaleźli się na pozycjach pozwalających na skuteczne osłanianie odwrotu, przeciwnik podjął próbę ataku. Serie z broni maszynowej po chwili przygłuszone zostały silną eksplozją, po czym z drugiej strony korytarza przyłączył się do nich terkot karabinów reszty i soczyste ujadanie SPASa. Za swoimi plecami ujrzeli zasypane już przejście.
– Arto, jesteście cali? – odezwał się głos z krótkofalówki
– Tak. Co tam się stało?
– Pułapka. Chcieli odciąć nam odwrót i rzucić kilka oddziałów do walki, ale póki co ich odepchnęliśmy – Cień był zdyszany – Macie plany budynku. Znajdźcie inne wyjście i spotkamy się w punkcie zbornym określonym przed misją. Uważajcie na siebie, główny siły walą w nas, ale was jest tylko trzech, więc nie szarżuj.
– Tak jest, kapitanie.

Brak internetu…

30 stycznia 2010

… przez najbliższe dwa tygodnie.

Przynajmniej mam już spisaną część opowiadania, za dwa tygodnie powinienem się wyrobić z dwoma „rozdziałami”.
No, trzymajcie się.

Devil May Cry 4

3 grudnia 2009

Ostatnio miałem okazję pograć w DMC4 (mhm, 16zł, jak można było nie skorzystać) i jestem pod wielkim wrażeniem tej gry. Dość powiedzieć, że lokalna policja dostała raporty o szaleńcu z wielkim mieczem i skleconym domowymi metodami rewolwerem. Tak więc postanowiłem sklecić krótką recenzję.
A więc gra zaczyna się atakiem na Jego Świątobliwość (khe, khe). A dokonuje go… Dante. W pierwszej części gry naszym protagonistą jest Nero, młody rycerz Zakonu Miecza. Już w samouczku toczymy walkę z Dantem, która w porównaniu do kolejnej, już prawdziwej walki z nim, jest po prostu beznadziejnie łatwa. Mimo przybicia mieczem do ściany (!) Dante, jak gdyby nigdy nic, wyjmuje miecz z serca i ucieka. No i zaczyna się pogoń przez 10 zróżnicowanych lokacji.
Przy wycinaniu hord demonów naszym orężem będzie spory miecz z wtryskiem paliwa (o_o) o nazwie Czerwona Królowa, dwulufowy rewolwer zwany Błękitną Różą (swoją drogą, niezbyt skuteczny) i coś, co według mnie jest najfajniejszym narzędziem zniszczenia w historii gier – Ramię Diabła. Pozwala ono przyciągać przeciwników i rozmazywać ich po podłodze/ścianie, a także wiele innych, soczystych animacji.
Jednak w pewnym momencie następuje zmiana i przejmujemy kontrolę nad Dantem. Ten ma zdecydowanie inny styl walki. Jest szybszy, nieco bardziej skoczny, zamiast Ramienia Diabła ma do dyspozycji 4 style walki, a także znacznie większy arsenał. Zacznijmy od broni palnej – dwa pistolety Ebony i Ivory, obrzyn Coyote-A i… walizka. Ta nosi nazwę Pandora, i jak informuje nas gra, potrafi zmienić się w 666 przydatnych przedmiotów. W grze mamy okazję zobaczyć gatlinga, kuszę na wybuchowe pociski, wyrzutnię rakiet i… działo laserowe. Do walki wręcz oddano nam miecz Rebeliant, Gilgamesha, służącego do walki wręcz a także Lucyfer, broń tworząca wybuchowe miecze, które można posłać w dowolnym kierunku. Jednak te dwie ostatnie niezbyt przypadły mi do gustu, przez co grę ukończyłem używając tylko Rebelianta.
Kilka słów o przeciwnikach. Są oczywiście zwykłe kukły do bicia (Scarecrow) które wystarczy chwilę posiekać, ale część przeciwników wymaga użycia taktyki (no, chyba że chcesz stracić połowę życia tuż przed walką z bossem…). Choćby taki Bianco Angelo. Walki z nimi są dynamiczne, trzeba dobrze opanować uniki, tym bardziej że ciosy są skuteczne jedynie od tyłu. No i oczywiście bossowie. Walki z nimi są epickie. No i oczywiście na każdego trzeba znaleźć strategię. Za to twórcy poszli nieco na łatwiznę i są niezbyt dostosowane do obu postaci. Np. taki żabi boss – jako Nero musiałem się troche z nim pomęczyć, ale już jako Dante pokonałem go z utratą jedynie niewielkiego skrawka życia.
No i jakbym nie mógł wspomnieć o przerywnikach filmowych. Są świetnie zrealizowane, te ukazujące sceny walki są dynamiczne i pięknie się prezentują, zaś te popychające fabułe niczym specjalnym się nie wyróżniają, ale też nie zanudzają.
DMC4 wyróżniają też dość… ciekawe, żeby nie powiedzieć osobliwe postaci. Młody i arogancki Nero, doświadczony i równie, jeśli nie bardziej arogancki Dante, naukowiec zakonu Agnus, który się j-j-j-j-ąka (i wygląda jak goryl. Autentyczny.), piękna wojowniczka Gloria,[SPOILER ALERT] która naprawdę nazywa się Trish i jest demonem [SPOILER OVER] i choćby Jego Świątobliwość, ogarnięty żądzą potęgi staruszek.
I na koniec – potwierdzam, diabeł może płakać. Chlip.

Blog? Jaki blog?

30 listopada 2009

Ee, no tak. Blog. Zapomniałem. Troche jakby czasu minęło od ostatniego wpisu i w zasadzie już od dawna nie wysiliłem się na wpis inny niż kontynuacja opowiadania. Eh. Postaram się >coś< wymyślić.

Ale nie dzisiaj, nie.

Część szósta

26 października 2009

Cień stał w niewielkiej wnęce, która skutecznie chroniła go przed ulewnym deszczem. Ciszę podczas czekania na informatora urozmaicały tylko rzadkie grzmoty, zaś on sam jedynie od czasu do czasu strzepywał popiół z papierosa. Nie znosił chodzić do Warszawy. Wszechobecna propaganda, stała obserwacja i złe traktowanie mieszkańców napawały go odrazą. „Dołącz do wojsk Kombinatu już dziś – chroń swoją rodzinę przed bojówkami rebeliantów”, „Wspólnie budujemy naszą flotę powietrzną!”. Slogany z plakatów były równie podniosłe, co nieprawdziwe. Mimo wszystko, Warszawa była jednym z miast łagodniejszych dla mieszkańców. Oczywiście wszystko opierało się na przydziałach, a przywileje mieli tylko członkowie milicji obywatelskiej i żołnierze, choć czasami nawet zwykły obywatel dostał w przydziale pare papierosów czy choćby coś lepszego niż papka z automatów żywieniowych.Sama milicja też nie była do końca wierna „naszym dobroczyńcom”. Większość oficerów przyjmowała łapówki regularnie.
Spojrzał na ulicę – informator, milicjant, właśnie zbliżał się na spotkanie. Kiedy podszedł bliżej, Cień mógł wyraźnie poczuć zapach alkoholu.
– Mam towar – powiedział, pokazując Cieniowi pendrive’a – Wszystko jest tutaj.
– Dobrze.
Cień wręczył mu plik banknotów i schował dysk do kieszeni.
– Ostatnie prawie mnie złapali… Może powinniśmy pomyśleć nad zwiększeniem stawki?
W tym momencie rebeliantowi puściły nerwy. Złapał go za kombinezon i przyparł do ściany.
– Słuchaj, ty sprzedajna gnido – uchylił płaszcza, aby pokazać mu kaburę na piersi – Gdyby nie to, że potrzebujemy wtyki w MO, już dawno leżałbyś tu z trzecim oczodołem. Zejdź mi z oczu!
– Co tylko powiesz, szefie.
Puścił go, a ten spokojnie poprawił pognieciony strój i odszedł w swoją stronę. Cień skierował się do ukrytego przejścia poza mury miasta. Przedzierał się przez zalewane strugami deszczu ulice, z obrzydzeniem przyglądając się kolejnym propagandowym plakatom. Kiedy mijały go patrole wojskowe, nerwowo poprawiał kaptur. Co prawda nie było za nim jeszcze listu gończego, ale wolał nie ryzykować. W pewnym momencie zaczepił go młody chłopak, na oko 17 letni.
– Hej, to ty! Cień, ten sławny rebeliant, prawda?
– Pomyliłeś mnie z kimś, chłopcze – Cień próbował zgasić jego entuzjazm – Nigdy nawet nie widziałem rebelianta.
– Ah, rozumiem, konsipracja, przecież musisz się ukrywać. Ten wybuch w bazie wojskowej pod Warszawą, słyszałem, że to wasza robota – Młodzieniec zdawał się być nim wręcz zauroczony – Chcę wam pomóc, przyłączyć się do rebelii.
– Spokojnie… Co ci tak prędko umierać? Lepiej wracaj do domu. Niedługo godzina policyjna.
– Ale.. Naprawdę chcę walczyć!
– Eh, masz jakieś imie?
– Konrad.
– Jeśli uznam, że się przydasz, znajdę cię. A teraz zjeżdżaj.
Chłopakowi wyraźnie zrzedła mina, ale posłusznie odwrócił się i skierował w innym kierunku.
„Ale mu się pali do walki” – myślał – „Dzieciak jeszcze nie wie co to wojna.”
Spojrzał przed siebie, gdzie zauważył funkcjonariusza zdecydowanie zbyt intensywnie przeszukującego jakąś kobietę. Odruchowo sięgnął do kabury, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie mógł po prostu zastrzelić go na ulicy. W mieście był bezsilny. Z żalem schował dłonie do kieszeni i przyśpieszył kroku.
Po kilku minutach wreszcie dotarł do przejścia. Była to po prostu obszerna piwnica, którą były właściciel powiększył na potrzeby produkcji niezbyt legalnego alkoholu. Szczęśliwym trafem wychodziła poza mury miasta, co pozwoliło na potajemne wkradanie się do środka lub odwrotnie – wystarczyło zrobić drugie wejście.
W lesie czekał już na niego samochód. Przejechał kawałek leśną dróżką i dalej wjechał już na utwardzoną szosę. Pare kilometrów dalej, przy starej stacji benzynowej, jego wóz nagle uderzył w pole siłowe. Lekko zamroczony zderzeniem złapał karabin leżący na tylnym siedzeniu i wyskoczył z pojazdu, biegnąć w stronę stacji. Z lasu zaczęli wyłaniać się żołnierze, a nad jego głową świstały już kule. Wskoczył przez okno, a raczej jego resztki i załadował karabin. Szybko zerknął za okno, licząc napastników. Dziesięciu.
„Cholera, mają mnie jak na widelcu” – pomyślał.
Wstał i wystrzelił krótką, celną serię, po czym natychmiast zmienił pozycję. Jeśli miał wyjść z tego żywy, musiał działać szybko i zdecydowanie.
Wychylił się z kolejnego okna, padły kolejne strzały i jeden z żołnierzy upadł z krzykiem. Reszta natychmiast odpowiedziała ogniem, lecz zdążył trafić jeszcze raz przed kolejną zmianą stanowiska.
Wychylił się zza drzwi i rzucił granat, po chwili usłyszał krzyki uciekających nieszczęśników, po czym okolicą wstrząsneła silna eksplozja. Wycelował w jednego ze zdezorientowanych przeciwników i nacisnął spust. Ponownie się ukrył i spokojnie przeanalizował sytuację. Trzech zabił granat, czterech zastrzelił, zostało trzech.
Wykopał drzwi i w biegu wymierzył w kolejnego piechociarza. Oddał celny strzał, lecz jeden z jego kolegów trafił go w ramię. Krzyknął z bólu i rzucił się za filar podtrzymujący dach nad dystrybutorami. Wystawił lufę zza przeszkody i zaczął ostrzeliwać las na ślepo. Wnioskując po jękach, trafił jednego. Wyjął pistolet i wyskoczył zza filaru, po chwili zabił ostatniego żołdaka jednym celnym strzałem. Wpadł do samochodu i pospiesznie zabandażował pokrwawione ramie, po czym przeciął kabel zasilający pole siłowe i odjechał w stronę bazy.
– Dowództwo, tu Cień, odbiór.
– Słyszymy cię głośno i wyraźnie.
– Jestem spalony w mieście, zastawili na mnie pułapkę pare chwil temu. Jestem ranny, zbliżam się do bazy. Bez odbioru.

Kilka złych i dobrych wiadomości

8 sierpnia 2009

Tak więc zacznijmy od tych złych.

Po pierwsze – opowiadanie o ARAM jest tymczasowo wstrzymane. Nie wiem, kiedy wróci do gry, wszystko zależy od weny, której ostatnio brakuje mi w przygodach młodych rebeliantów.
Po drugie… eee… nie, drugiej nie ma.

A teraz te dobre.

Po pierwsze – mam koncept nowego opowiadania i tuż po ukończeniu mojego małego projektu rysowniczego pomysł zrealizuję. Tym razem w całości po angielsku,  bo ze względu na temat (oprócz ludzi pojawią się anthro) na FurAffinity znajdę  większą i, przede wszytkim, bardziej przychylną widownię.
Eee, tak, tutaj też nie mam drugiej wiadomości. Przesadziłem z tytułem wpisu.

No i jeszcze moje bazgroły:

Nic mi się nie chce.

30 lipca 2009

Troche czasu mnie tu nie było. Wakacje sprawiają że jestem jeszcze bardziej leniwy niż zwykle.

Wrzuciłem kolejną część… w zasadzie była gotowa od dłuższego czasu, ale nie chciało mi się jej wrzucać. Na pocieszenie, zaczynam już pisać szóstą.

Piąta część

30 lipca 2009

Obudził się obok roztrzaskanego śmigłowca. Nogę miał rozciętą przez całę udo. Rana najwyraźniej nie była zbyt głęboka, ponieważ mógł wstać, choć przy każdym ruchu noga bolała niemiłosiernie. wyjął z plecaka wojskową apteczkę, opatrzył ranę i wstrzyknął morfinę. Przeszukał helikopter -znalazł ciało Jonesa i Louisa, ale nigdzie nie było Gordona i Alyx… Cóż, widocznie przeżyli i już stąd uciekli. Mieli więcej szczęścia od niego. Sprawdził radiostację – na szczęście działała.
– Porucznik Maciej Grabowski do bazy warszawskiej, odbiór. Słyszycie mnie?
– Głośno i wyraźnie. Jak przebiegła akcja Borealis, poruczniku?
– Cholernie źle. Rozbiliśmy się w okolicach Radomia, Shaun, Jones i Louis nie żyją. Nie wiem, co się stało z Gordonem i Alyx. Sam jestem ranny, ledwo mogę chodzić. Proszę o wsparcie.
– Zrozumiałem. Wyślemy oddział A.R.A.M. Bez odbioru.

– Dzisiaj przecież nie mieliśmy żadnych zadań, pułkowniku – powiedział Wilk.
– Ale już macie. Koło Radomia rozbił się Orzeł 4. Na pokładzie znajdują się cenne dane. Prawdopodobnie jedynym ocalałym jest porucznik Maciej Grabowski.
– C-co? Maciej Grabowski? – Cień zbladł.
– Tak, Cień. Twój brat.
– Jade z nimi.
– Nie. Możesz chodzić, ale nie jesteś jeszcze gotowy wrócić do czynnej służby.
– MUSZĘ tam jechać. To mój brat, nie mogę go zostawić.
– Dobrze… Znając ciebie i tak cię nie powstrzymam. Tylko uważaj na siebie, kolejnego takiego postrzału możesz już nie przeżyć.
– Kula w zadku nie pasuje do moich planów, Lykan. O to się nie martw.

Ciekawe rzeczy Kombinat potrafi zrobić z ziemskim klimatem. Polskie niziny przemieniły się niemal w stepy, a Pomorza w pustynie. Łazik płynnie sunął po zakurzonych, dziurawych drogach, od czasu do czasu wzbijając tumany kurzu wjeżdżając w głębszy piach.
– Cień, kilkaset metrów na prawo widzę dwóch ludzi walczących z dość sporą grupką zombie – powiedział siedzący przy kaemie Wilk, odkładając od oczu lornetkę. – pomożemy im?
– Ok. Psychol, zjeżdżaj w prawo.

Przebycie dystansu dzielącego ich od otoczonych rebeliantów zajęło kilkanaście sekund. W odległości niecałych stu metrów cekaem zamontowany otworzył ogień, kawałek dalej Łuska i Cień otworzyli ogień z broni ręcznej. Powietrze wypełniło basowe terkotanie, uzupełnione seriami z broni ręcznej. Pod ogniem kaemu i czterech ręcznych karabinów szeregi żywych trupów szybko zaczęły topnieć. Psychol na pełnym gazie wjechał w grupkę zombiaków, przebijając się w stronę otoczonych. Zachamował obok nich.
– Wskakujcie!
Ocaleni wyglądali na zaskoczonych, ale nie trzeba było im dwa razy powtarzać – pośpiesznie wskoczyli na pakę. Wcisnął gaz do dechy i wybił się z otoczenia. Ich nowi towarzysze okazali się kobietą i mężczyzną – na oko dwudziesto-dwudziestodwuletni. Tak jak trzynastka.
– Witamy na pokładzie. Jak się nazywacie? – zaczął Cień.
– Kapitan Zosia Ba…
– Darujmy sobie stopnie. Konrad „Cień”, a to Magda „Łuska”, Wojtek „Wilk” i Patryk „Psychol”
– Zosia.
– Artur – wyrzekł żołnierz dotąd bandażujący ranę na przedramieniu – Dzięki za pomoc. Pojawiliście się w ostatniej chwili.
– W rebelii przeciwko tak licznemu wrogowi przyda się każda para rąk i każda lufa. Musimy trzymać się razem. Jedziemy właśnie z misją ratunkową dla załogi Orła 4.
– Orła 4? – przerwała Zosia – To helikopter tego oddziału, który miał przechwycić dane z Borealisa? Ten, któremu dowodził Gordon Freeman?
– Tak. Ale Freemana już tam nie ma. On i Alyx Vance znikneli ze strefy wypadku. Prawdopodobnie jedynym ocalałym jest porucznik Maciej Grabowski. Znany także jako Szrama. Ale skąd wy tu się wzieliście?
– Nasz oddział został wysłany do magazynu amunicji Kombinatu, ale oni jakoś się o tym dowiedzieli i przygotowali pułapkę. Okrążyli nas, mieli przewagę w liczebności i uzbrojeniu. Po wyrwaniu się z kotła, z ośmioosobowego oddziału zostało tylko nas dwoje.
– Rozumiem. Nie macie nic przeciwko dołączeniu do nas?
– Póki co nie mamy innych perspektyw…

Szrama ułożył się w kokpicie śmigłowca, aby odpocząć i choć troche się ukryć. Rana na nodze sprawiała mu coraz większe problemy, kiedy morfina przestała działać ból był nie do zniesienia. Raczej ciężko by mu było wstać w tym stanie. Wtedy usłyszał głośny, charakterystyczny ryk oraz zbliżający się tupot. Domyślił się, że to Hunter. Zapewne to jakiś zwiadowca, mający sprawdzić co tu się stało. Po chwili przez okna kokpitu widać było korpus tego modyfikowanego zwierzęta. Czujnie rozglądał się po wnętrzu helikoptera – sprawdzał, czy ktoś przeżył. Szrama nawet nie drgnął i wstrzymał oddech, aby Hunter uznał go za martwego. Na szczęście udało mu się. Zwierze odwróciło się i odbiegło spowrotem tam, skąd przybyło. Włączył radiostację.
– Orzeł 4 do A.R.A.M. 013, odbiór.
– Tu 013, słyszymy cie głośno i wyraźnie.
– Ile jeszcze mam tu leżeć, co?
– Spokojnie, Szrama. Jesteśmy już w drodze. E.T.A. 20 minut.

Dojechali na miejsce. Wszytko wydawało się jak trzeba… ale tylko się wydawało. Tuż po tym jak wyciągneli Szramę z wraku, z lasu wyjechały dwa APC. Drużyna szybko zapakowała się do wozu, a Cień ruszył z kopyta. Wjechał spowrotem na drogę, a tuż za nim pędziły transportery. Wywiązała się wymiana ognia pomiędzy ściganymi, a ścigającymi. Wilkowi, obsługującemu kaem, udało się zastrzelić kierowcę jednego z wozów. Cień jechał na złamanie karku, omijając dziury w drodze poszarpanej wybuchami. Kule co chwila świstały mu między uszami, a on lawirował pomiędzy przeszkodami na pełnym gazie. Na jednym z zakrętów zauważył kombinacką minę – nie były wkopywane w ziemię, więc wprawny żołnierz mógł je zauważyć. Ominął ją w ostatniej chwili, kierowca APC nie miał tyle szczęścia. Pojazd, poderwany wybuchem, przekoziołkował kilkanaście metrów i stanął w ogniu.

Wóz zatrzymał się przed betonowym zabudowaniem głównej bazy. Załoga wyszła z samochodu i skierowała swoje kroki do pokoju pułkownika. Tym razem jednak wartownik siedział cicho. Czegoś się jednak nauczył.
– Dzień dobry, panie pułkowniku – przywitał się Cień i wręczył mu pendrive – oto dane z Borealisa.
– Dobra robota, trzynastka. Widzę, że oprócz Szramy przywieźliście kogoś jeszcze.
– Tak, ich rozdział został rozbity. Proszę o zgodę do przydzielenia ich do mojego oddziału.
– Dobrze. Ich nowe pseudonimy to „Arto” i „DD”. Jeden z żołnierzy przydzieli im pokoje, odmaszerować.
– Tak jest.