Devil May Cry 4

3 grudzień 2009 - autor: Arto

Ostatnio miałem okazję pograć w DMC4 (mhm, 16zł, jak można było nie skorzystać) i jestem pod wielkim wrażeniem tej gry. Dość powiedzieć, że lokalna policja dostała raporty o szaleńcu z wielkim mieczem i skleconym domowymi metodami rewolwerem. Tak więc postanowiłem sklecić krótką recenzję.
A więc gra zaczyna się atakiem na Jego Świątobliwość (khe, khe). A dokonuje go… Dante. W pierwszej części gry naszym protagonistą jest Nero, młody rycerz Zakonu Miecza. Już w samouczku toczymy walkę z Dantem, która w porównaniu do kolejnej, już prawdziwej walki z nim, jest po prostu beznadziejnie łatwa. Mimo przybicia mieczem do ściany (!) Dante, jak gdyby nigdy nic, wyjmuje miecz z serca i ucieka. No i zaczyna się pogoń przez 10 zróżnicowanych lokacji.
Przy wycinaniu hord demonów naszym orężem będzie spory miecz z wtryskiem paliwa (o_o) o nazwie Czerwona Królowa, dwulufowy rewolwer zwany Błękitną Różą (swoją drogą, niezbyt skuteczny) i coś, co według mnie jest najfajniejszym narzędziem zniszczenia w historii gier – Ramię Diabła. Pozwala ono przyciągać przeciwników i rozmazywać ich po podłodze/ścianie, a także wiele innych, soczystych animacji.
Jednak w pewnym momencie następuje zmiana i przejmujemy kontrolę nad Dantem. Ten ma zdecydowanie inny styl walki. Jest szybszy, nieco bardziej skoczny, zamiast Ramienia Diabła ma do dyspozycji 4 style walki, a także znacznie większy arsenał. Zacznijmy od broni palnej – dwa pistolety Ebony i Ivory, obrzyn Coyote-A i… walizka. Ta nosi nazwę Pandora, i jak informuje nas gra, potrafi zmienić się w 666 przydatnych przedmiotów. W grze mamy okazję zobaczyć gatlinga, kuszę na wybuchowe pociski, wyrzutnię rakiet i… działo laserowe. Do walki wręcz oddano nam miecz Rebeliant, Gilgamesha, służącego do walki wręcz a także Lucyfer, broń tworząca wybuchowe miecze, które można posłać w dowolnym kierunku. Jednak te dwie ostatnie niezbyt przypadły mi do gustu, przez co grę ukończyłem używając tylko Rebelianta.
Kilka słów o przeciwnikach. Są oczywiście zwykłe kukły do bicia (Scarecrow) które wystarczy chwilę posiekać, ale część przeciwników wymaga użycia taktyki (no, chyba że chcesz stracić połowę życia tuż przed walką z bossem…). Choćby taki Bianco Angelo. Walki z nimi są dynamiczne, trzeba dobrze opanować uniki, tym bardziej że ciosy są skuteczne jedynie od tyłu. No i oczywiście bossowie. Walki z nimi są epickie. No i oczywiście na każdego trzeba znaleźć strategię. Za to twórcy poszli nieco na łatwiznę i są niezbyt dostosowane do obu postaci. Np. taki żabi boss – jako Nero musiałem się troche z nim pomęczyć, ale już jako Dante pokonałem go z utratą jedynie niewielkiego skrawka życia.
No i jakbym nie mógł wspomnieć o przerywnikach filmowych. Są świetnie zrealizowane, te ukazujące sceny walki są dynamiczne i pięknie się prezentują, zaś te popychające fabułe niczym specjalnym się nie wyróżniają, ale też nie zanudzają.
DMC4 wyróżniają też dość… ciekawe, żeby nie powiedzieć osobliwe postaci. Młody i arogancki Nero, doświadczony i równie, jeśli nie bardziej arogancki Dante, naukowiec zakonu Agnus, który się j-j-j-j-ąka (i wygląda jak goryl. Autentyczny.), piękna wojowniczka Gloria,[SPOILER ALERT] która naprawdę nazywa się Trish i jest demonem [SPOILER OVER] i choćby Jego Świątobliwość, ogarnięty żądzą potęgi staruszek.
I na koniec – potwierdzam, diabeł może płakać. Chlip.

Blog? Jaki blog?

30 listopad 2009 - autor: Arto

Ee, no tak. Blog. Zapomniałem. Troche jakby czasu minęło od ostatniego wpisu i w zasadzie już od dawna nie wysiliłem się na wpis inny niż kontynuacja opowiadania. Eh. Postaram się >coś< wymyślić.

Ale nie dzisiaj, nie.

Część szósta

26 październik 2009 - autor: Arto

Cień stał w niewielkiej wnęce, która skutecznie chroniła go przed ulewnym deszczem. Ciszę podczas czekania na informatora urozmaicały tylko rzadkie grzmoty, zaś on sam jedynie od czasu do czasu strzepywał popiół z papierosa. Nie znosił chodzić do Warszawy. Wszechobecna propaganda, stała obserwacja i złe traktowanie mieszkańców napawały go odrazą. “Dołącz do wojsk Kombinatu już dziś – chroń swoją rodzinę przed bojówkami rebeliantów”, “Wspólnie budujemy naszą flotę powietrzną!”. Slogany z plakatów były równie podniosłe, co nieprawdziwe. Mimo wszystko, Warszawa była jednym z miast łagodniejszych dla mieszkańców. Oczywiście wszystko opierało się na przydziałach, a przywileje mieli tylko członkowie milicji obywatelskiej i żołnierze, choć czasami nawet zwykły obywatel dostał w przydziale pare papierosów czy choćby coś lepszego niż papka z automatów żywieniowych.Sama milicja też nie była do końca wierna “naszym dobroczyńcom”. Większość oficerów przyjmowała łapówki regularnie.
Spojrzał na ulicę – informator, milicjant, właśnie zbliżał się na spotkanie. Kiedy podszedł bliżej, Cień mógł wyraźnie poczuć zapach alkoholu.
- Mam towar – powiedział, pokazując Cieniowi pendrive’a – Wszystko jest tutaj.
- Dobrze.
Cień wręczył mu plik banknotów i schował dysk do kieszeni.
- Ostatnie prawie mnie złapali… Może powinniśmy pomyśleć nad zwiększeniem stawki?
W tym momencie rebeliantowi puściły nerwy. Złapał go za kombinezon i przyparł do ściany.
- Słuchaj, ty sprzedajna gnido – uchylił płaszcza, aby pokazać mu kaburę na piersi – Gdyby nie to, że potrzebujemy wtyki w MO, już dawno leżałbyś tu z trzecim oczodołem. Zejdź mi z oczu!
- Co tylko powiesz, szefie.
Puścił go, a ten spokojnie poprawił pognieciony strój i odszedł w swoją stronę. Cień skierował się do ukrytego przejścia poza mury miasta. Przedzierał się przez zalewane strugami deszczu ulice, z obrzydzeniem przyglądając się kolejnym propagandowym plakatom. Kiedy mijały go patrole wojskowe, nerwowo poprawiał kaptur. Co prawda nie było za nim jeszcze listu gończego, ale wolał nie ryzykować. W pewnym momencie zaczepił go młody chłopak, na oko 17 letni.
- Hej, to ty! Cień, ten sławny rebeliant, prawda?
- Pomyliłeś mnie z kimś, chłopcze – Cień próbował zgasić jego entuzjazm – Nigdy nawet nie widziałem rebelianta.
- Ah, rozumiem, konsipracja, przecież musisz się ukrywać. Ten wybuch w bazie wojskowej pod Warszawą, słyszałem, że to wasza robota – Młodzieniec zdawał się być nim wręcz zauroczony – Chcę wam pomóc, przyłączyć się do rebelii.
- Spokojnie… Co ci tak prędko umierać? Lepiej wracaj do domu. Niedługo godzina policyjna.
- Ale.. Naprawdę chcę walczyć!
- Eh, masz jakieś imie?
- Konrad.
- Jeśli uznam, że się przydasz, znajdę cię. A teraz zjeżdżaj.
Chłopakowi wyraźnie zrzedła mina, ale posłusznie odwrócił się i skierował w innym kierunku.
“Ale mu się pali do walki” – myślał – “Dzieciak jeszcze nie wie co to wojna.”
Spojrzał przed siebie, gdzie zauważył funkcjonariusza zdecydowanie zbyt intensywnie przeszukującego jakąś kobietę. Odruchowo sięgnął do kabury, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie mógł po prostu zastrzelić go na ulicy. W mieście był bezsilny. Z żalem schował dłonie do kieszeni i przyśpieszył kroku.
Po kilku minutach wreszcie dotarł do przejścia. Była to po prostu obszerna piwnica, którą były właściciel powiększył na potrzeby produkcji niezbyt legalnego alkoholu. Szczęśliwym trafem wychodziła poza mury miasta, co pozwoliło na potajemne wkradanie się do środka lub odwrotnie – wystarczyło zrobić drugie wejście.
W lesie czekał już na niego samochód. Przejechał kawałek leśną dróżką i dalej wjechał już na utwardzoną szosę. Pare kilometrów dalej, przy starej stacji benzynowej, jego wóz nagle uderzył w pole siłowe. Lekko zamroczony zderzeniem złapał karabin leżący na tylnym siedzeniu i wyskoczył z pojazdu, biegnąć w stronę stacji. Z lasu zaczęli wyłaniać się żołnierze, a nad jego głową świstały już kule. Wskoczył przez okno, a raczej jego resztki i załadował karabin. Szybko zerknął za okno, licząc napastników. Dziesięciu.
“Cholera, mają mnie jak na widelcu” – pomyślał.
Wstał i wystrzelił krótką, celną serię, po czym natychmiast zmienił pozycję. Jeśli miał wyjść z tego żywy, musiał działać szybko i zdecydowanie.
Wychylił się z kolejnego okna, padły kolejne strzały i jeden z żołnierzy upadł z krzykiem. Reszta natychmiast odpowiedziała ogniem, lecz zdążył trafić jeszcze raz przed kolejną zmianą stanowiska.
Wychylił się zza drzwi i rzucił granat, po chwili usłyszał krzyki uciekających nieszczęśników, po czym okolicą wstrząsneła silna eksplozja. Wycelował w jednego ze zdezorientowanych przeciwników i nacisnął spust. Ponownie się ukrył i spokojnie przeanalizował sytuację. Trzech zabił granat, czterech zastrzelił, zostało trzech.
Wykopał drzwi i w biegu wymierzył w kolejnego piechociarza. Oddał celny strzał, lecz jeden z jego kolegów trafił go w ramię. Krzyknął z bólu i rzucił się za filar podtrzymujący dach nad dystrybutorami. Wystawił lufę zza przeszkody i zaczął ostrzeliwać las na ślepo. Wnioskując po jękach, trafił jednego. Wyjął pistolet i wyskoczył zza filaru, po chwili zabił ostatniego żołdaka jednym celnym strzałem. Wpadł do samochodu i pospiesznie zabandażował pokrwawione ramie, po czym przeciął kabel zasilający pole siłowe i odjechał w stronę bazy.
- Dowództwo, tu Cień, odbiór.
- Słyszymy cię głośno i wyraźnie.
- Jestem spalony w mieście, zastawili na mnie pułapkę pare chwil temu. Jestem ranny, zbliżam się do bazy. Bez odbioru.

Kilka złych i dobrych wiadomości

8 sierpień 2009 - autor: Arto

Tak więc zacznijmy od tych złych.

Po pierwsze – opowiadanie o ARAM jest tymczasowo wstrzymane. Nie wiem, kiedy wróci do gry, wszystko zależy od weny, której ostatnio brakuje mi w przygodach młodych rebeliantów.
Po drugie… eee… nie, drugiej nie ma.

A teraz te dobre.

Po pierwsze – mam koncept nowego opowiadania i tuż po ukończeniu mojego małego projektu rysowniczego pomysł zrealizuję. Tym razem w całości po angielsku,  bo ze względu na temat (oprócz ludzi pojawią się anthro) na FurAffinity znajdę  większą i, przede wszytkim, bardziej przychylną widownię.
Eee, tak, tutaj też nie mam drugiej wiadomości. Przesadziłem z tytułem wpisu.

No i jeszcze moje bazgroły:

Nic mi się nie chce.

30 lipiec 2009 - autor: Arto

Troche czasu mnie tu nie było. Wakacje sprawiają że jestem jeszcze bardziej leniwy niż zwykle.

Wrzuciłem kolejną część… w zasadzie była gotowa od dłuższego czasu, ale nie chciało mi się jej wrzucać. Na pocieszenie, zaczynam już pisać szóstą.

Piąta część

30 lipiec 2009 - autor: Arto

Obudził się obok roztrzaskanego śmigłowca. Nogę miał rozciętą przez całę udo. Rana najwyraźniej nie była zbyt głęboka, ponieważ mógł wstać, choć przy każdym ruchu noga bolała niemiłosiernie. wyjął z plecaka wojskową apteczkę, opatrzył ranę i wstrzyknął morfinę. Przeszukał helikopter -znalazł ciało Jonesa i Louisa, ale nigdzie nie było Gordona i Alyx… Cóż, widocznie przeżyli i już stąd uciekli. Mieli więcej szczęścia od niego. Sprawdził radiostację – na szczęście działała.
- Porucznik Maciej Grabowski do bazy warszawskiej, odbiór. Słyszycie mnie?
- Głośno i wyraźnie. Jak przebiegła akcja Borealis, poruczniku?
- Cholernie źle. Rozbiliśmy się w okolicach Radomia, Shaun, Jones i Louis nie żyją. Nie wiem, co się stało z Gordonem i Alyx. Sam jestem ranny, ledwo mogę chodzić. Proszę o wsparcie.
- Zrozumiałem. Wyślemy oddział A.R.A.M. Bez odbioru.

- Dzisiaj przecież nie mieliśmy żadnych zadań, pułkowniku – powiedział Wilk.
- Ale już macie. Koło Radomia rozbił się Orzeł 4. Na pokładzie znajdują się cenne dane. Prawdopodobnie jedynym ocalałym jest porucznik Maciej Grabowski.
- C-co? Maciej Grabowski? – Cień zbladł.
- Tak, Cień. Twój brat.
- Jade z nimi.
- Nie. Możesz chodzić, ale nie jesteś jeszcze gotowy wrócić do czynnej służby.
- MUSZĘ tam jechać. To mój brat, nie mogę go zostawić.
- Dobrze… Znając ciebie i tak cię nie powstrzymam. Tylko uważaj na siebie, kolejnego takiego postrzału możesz już nie przeżyć.
- Kula w zadku nie pasuje do moich planów, Lykan. O to się nie martw.

Ciekawe rzeczy Kombinat potrafi zrobić z ziemskim klimatem. Polskie niziny przemieniły się niemal w stepy, a Pomorza w pustynie. Łazik płynnie sunął po zakurzonych, dziurawych drogach, od czasu do czasu wzbijając tumany kurzu wjeżdżając w głębszy piach.
- Cień, kilkaset metrów na prawo widzę dwóch ludzi walczących z dość sporą grupką zombie – powiedział siedzący przy kaemie Wilk, odkładając od oczu lornetkę. – pomożemy im?
- Ok. Psychol, zjeżdżaj w prawo.

Przebycie dystansu dzielącego ich od otoczonych rebeliantów zajęło kilkanaście sekund. W odległości niecałych stu metrów cekaem zamontowany otworzył ogień, kawałek dalej Łuska i Cień otworzyli ogień z broni ręcznej. Powietrze wypełniło basowe terkotanie, uzupełnione seriami z broni ręcznej. Pod ogniem kaemu i czterech ręcznych karabinów szeregi żywych trupów szybko zaczęły topnieć. Psychol na pełnym gazie wjechał w grupkę zombiaków, przebijając się w stronę otoczonych. Zachamował obok nich.
- Wskakujcie!
Ocaleni wyglądali na zaskoczonych, ale nie trzeba było im dwa razy powtarzać – pośpiesznie wskoczyli na pakę. Wcisnął gaz do dechy i wybił się z otoczenia. Ich nowi towarzysze okazali się kobietą i mężczyzną – na oko dwudziesto-dwudziestodwuletni. Tak jak trzynastka.
- Witamy na pokładzie. Jak się nazywacie? – zaczął Cień.
- Kapitan Zosia Ba…
- Darujmy sobie stopnie. Konrad “Cień”, a to Magda “Łuska”, Wojtek “Wilk” i Patryk “Psychol”
- Zosia.
- Artur – wyrzekł żołnierz dotąd bandażujący ranę na przedramieniu – Dzięki za pomoc. Pojawiliście się w ostatniej chwili.
- W rebelii przeciwko tak licznemu wrogowi przyda się każda para rąk i każda lufa. Musimy trzymać się razem. Jedziemy właśnie z misją ratunkową dla załogi Orła 4.
- Orła 4? – przerwała Zosia – To helikopter tego oddziału, który miał przechwycić dane z Borealisa? Ten, któremu dowodził Gordon Freeman?
- Tak. Ale Freemana już tam nie ma. On i Alyx Vance znikneli ze strefy wypadku. Prawdopodobnie jedynym ocalałym jest porucznik Maciej Grabowski. Znany także jako Szrama. Ale skąd wy tu się wzieliście?
- Nasz oddział został wysłany do magazynu amunicji Kombinatu, ale oni jakoś się o tym dowiedzieli i przygotowali pułapkę. Okrążyli nas, mieli przewagę w liczebności i uzbrojeniu. Po wyrwaniu się z kotła, z ośmioosobowego oddziału zostało tylko nas dwoje.
- Rozumiem. Nie macie nic przeciwko dołączeniu do nas?
- Póki co nie mamy innych perspektyw…

Szrama ułożył się w kokpicie śmigłowca, aby odpocząć i choć troche się ukryć. Rana na nodze sprawiała mu coraz większe problemy, kiedy morfina przestała działać ból był nie do zniesienia. Raczej ciężko by mu było wstać w tym stanie. Wtedy usłyszał głośny, charakterystyczny ryk oraz zbliżający się tupot. Domyślił się, że to Hunter. Zapewne to jakiś zwiadowca, mający sprawdzić co tu się stało. Po chwili przez okna kokpitu widać było korpus tego modyfikowanego zwierzęta. Czujnie rozglądał się po wnętrzu helikoptera – sprawdzał, czy ktoś przeżył. Szrama nawet nie drgnął i wstrzymał oddech, aby Hunter uznał go za martwego. Na szczęście udało mu się. Zwierze odwróciło się i odbiegło spowrotem tam, skąd przybyło. Włączył radiostację.
- Orzeł 4 do A.R.A.M. 013, odbiór.
- Tu 013, słyszymy cie głośno i wyraźnie.
- Ile jeszcze mam tu leżeć, co?
- Spokojnie, Szrama. Jesteśmy już w drodze. E.T.A. 20 minut.

Dojechali na miejsce. Wszytko wydawało się jak trzeba… ale tylko się wydawało. Tuż po tym jak wyciągneli Szramę z wraku, z lasu wyjechały dwa APC. Drużyna szybko zapakowała się do wozu, a Cień ruszył z kopyta. Wjechał spowrotem na drogę, a tuż za nim pędziły transportery. Wywiązała się wymiana ognia pomiędzy ściganymi, a ścigającymi. Wilkowi, obsługującemu kaem, udało się zastrzelić kierowcę jednego z wozów. Cień jechał na złamanie karku, omijając dziury w drodze poszarpanej wybuchami. Kule co chwila świstały mu między uszami, a on lawirował pomiędzy przeszkodami na pełnym gazie. Na jednym z zakrętów zauważył kombinacką minę – nie były wkopywane w ziemię, więc wprawny żołnierz mógł je zauważyć. Ominął ją w ostatniej chwili, kierowca APC nie miał tyle szczęścia. Pojazd, poderwany wybuchem, przekoziołkował kilkanaście metrów i stanął w ogniu.

Wóz zatrzymał się przed betonowym zabudowaniem głównej bazy. Załoga wyszła z samochodu i skierowała swoje kroki do pokoju pułkownika. Tym razem jednak wartownik siedział cicho. Czegoś się jednak nauczył.
- Dzień dobry, panie pułkowniku – przywitał się Cień i wręczył mu pendrive – oto dane z Borealisa.
- Dobra robota, trzynastka. Widzę, że oprócz Szramy przywieźliście kogoś jeszcze.
- Tak, ich rozdział został rozbity. Proszę o zgodę do przydzielenia ich do mojego oddziału.
- Dobrze. Ich nowe pseudonimy to “Arto” i “DD”. Jeden z żołnierzy przydzieli im pokoje, odmaszerować.
- Tak jest.

Mój pierwszy furry-rysunek :P

26 czerwiec 2009 - autor: Arto

Furry

Komentujcie.

Czwarta część

21 czerwiec 2009 - autor: Arto

Otworzył oczy i natychmiast je zamknął, porażony mocnym światłem.
- Och, obudziłeś się.
Otworzył oczy po raz kolejny, tym razem na stałe. Leżał na łóżku w skrzydle szpitalnym bazy. Kilka metrów dalej stał jeden z medyków.
- Kiedy cie tu przywieźli, byłeś w opłakanym stanie, szczerze mówiąc, wątpiliśmy że można cie jeszcze uratować. Ale Łuska wybiła nam z to głowy. Gdybyśmy nie spróbowali, to by nas chyba rozsmarowała po ścianach.
- Taaak… Już trzeci raz uratowała mi życie. Mam szczęście mieć ją w oddziale. – odparł
- Nie da się temu zaprzeczyć.
Po paru dniach Cień mógł już swobodnie się poruszać. Według lekarzy, to prawdziwy cud, że tak szybko się wylizał.
Siedział teraz na zboczu pobliskiego wzgórza – było to jego ulubione miejsce. Lubił tam po prostu usiąść i rozmyślać.
Obok niego usiadła Łuska – dopiero w tej chwili ją zauważył.
- Cześć. Widzę, że twoja rana nie sprawia ci już problemów.
- Mhm. Głównie dzięki tobie.
- Wiesz… zawsze byłeś taki skryty. Opowiedz mi trochę o sobie… Masz rodzinę?
- Cóż, rodziców nie widziałem od początku wojny. Mam brata, ale jego nie widziałem od dwóch miesięcy. Mnie przydzielili tutaj, a jego wzieli na jakąś specjalną misję. Nazywał się… zresztą, teraz już używa się tylko pseudonimów. Nazywano go Szrama. Nie wiem, gdzie teraz jest… Nawet nie wiem, czy żyje.
- Przykro mi, że tak dawno go nie widziałeś… Ale na pewno żyje.
- Dzięki, ale nie musisz mnie pocieszać.

Pod helikopterem rozpościerały się wielkie, lodowe równiny Arktyki. Powoli zbliżali się do wielkiego lodołamacza – ogromnego, masywnego Borealisa. W maszynie siedziało 6 osób. Dr Gordon Freeman, Alyx Vance i czterech uzbrojonych po zęby żołnierzy.
- Plan jest taki: Alyx i Jones zostaną tutaj i przypilnują, żeby nic nie stało się z helikopterem, resztę oddziału pod dowództwem Szramy biorę ze sobą i sprawdzamy statek. – powiedział Freeman.
- Gordon, ale…
- Alyx, jeśli coś tam się stanie, ktoś musi ratować helikopter, żeby mieć później czym odlecieć. A tylko TY potrafisz pilotować ten złom.
Dziewczyna bynajmniej nie była z tego zadowolona, ale doktor miał rację – musiała zostać.
Wylądowali niedaleko, tam, gdzie śnieg był mocniej ubity. Ruszyli w stronę okrętu, jeden z żołnierzy zarzucił linę z kotwiczką i wdrapali się na pokład.
- Pokład jest czysty. Schodzimy niżej.
Szrama spróbował otworzyć drzwi prowadzące pod pokład – były zamknięte.
- Shaun, wysadź zamek.
- Tak jest.
Rebeliant nazwany Shaunem wyjął z plecaka niewielki ładunek i umieścił go na drzwiach. Po chwili rozległ się niewielki huk i drzwi stały otworem.
Zeszli na dół, rozglądając się dookoła. Było cicho. Za cicho.
- Doktorku, gdzie mamy szukać tego urządzenia? – spytał Szrama.
- Według planów jest pod pokładem, na rufie.
Wszedli do pokoju wyglądającego na spiżarnię, wypełnionego regałami pełnymi kolorowych pudeł.
- Cśśś… słyszeliście to?
- Jakiś pisk, to pewnie jakieś szczu-
Szrama nie zdążył dokończyć wypowiedzi, gdyż tuż obok siebie ujrzał szybko się zbliżający czerwony laser. Uchylił się i padł na ziemię, a zaraz po nim cała reszta.
- Co do cholery tutaj robią stalkery? – powiedział jeden z żołnierzy.
- To nie są zwykłe stalkery, spójrz na ich głowy… – odparł Szrama – w każdym razie jeśli nadal będziemy sobie tu gadać, to nas poszatkują!
Szrama i jego rozmówca wychylili się zza regałów i rozpoczeli ostrzał.
Kriss Super V, broń używana przez Szramę, była bronią wręcz idealną na bliskie dystanse. Średnią celność nadrabiał szybkostrzelnością i potężnym kalibrem .45 ACP.
Po chwili dwa stalkery leżały już bez ruchu na podłodze.
- Kombinat zastawił na nas pułapkę. – powiedział Szrama.
- Dwóch stalkerów? To miało nas powstrzymać? – odezwał się Shaun.
- Nie. Już za chwilę przywita nas kilka oddziałów żołnierzy.
Nie mylił się. W korytarzu czekało już dziesięciu napastników. Wybuchła strzelanina, część wrogiego oddziału wycowała się w głąb lodołamacza. Oddział rebeliantów nadal nacierał, wypierając żołnierzy z kolejnych pomieszczeń.
Dotarli do rufy lodołamacza po dwudziestu trupach, bez strat własnych, jedynie Shaun oberwał w ramię.
- Potrafisz to uruchomić, doktorze?
- Myślę, że dam radę. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Dr Freeman podszedł do konsoli, po paru minutach monitory oświetliły pokój delikatnym, niebieskim światłem
TELEPORTING SEQUENCE ACTIVATED. ALL PERSONNEL ABOARD WILL BE DISINTEGRATED. SEQUENCE WILL BEGIN IN TWO MINUTES.
- O cholera, BIEGIEM!
Oddział rzucił się do ucieczki korytarzami Borealisa, biegnąc w stronę wyjścia na pokład. Wpadli na górę i rzucili się z rufy do morza. Za nimi pojawił się wielki, oślepiający błysk, a lodołamacz zniknął.
Ostatnimi siłami dopłyneli do brzegu kry i wdrapali się na nią.
- Gordon, jesteście cali? Gordon? – rozległ się głos z krótkofalówki.
- Tak, Alyx… przemarznięci, ale żyjemy.
- O nie… Gordon, musimy stąd odlatywać… Antliony nas zaatakowały, około dwóch kilometrów na północ stąd jest dawna placówka naukowa. Będziemy tam na was czekać.
- Dobra, damy radę.
Przebijali się przez śniegi i lód Arktyki, często atakowani przez antliony. Podczas walki jeden z potworów dorwał Shauna kiedy ten przeładowywał. Śnieg wokół niego szybko nabrał szkarłatnej barwy. Chłopak został wręcz rozdarty na pół. Po walce przyklęknął przy nim Szrama.
- Kur*a… nie, nie, NIE. Mówiłem mu, że jest jeszcze niedoświadczony, że powinien zostać… Ale koniecznie chciał lecieć na tą misję…
Był wściekły. Na siebie, bo wkońcu się zgodził, na Shauna, na ten cholernie nieuczciwy los, był wściekły na cały świat.
Ale szedł dalej.
Po kilku godzinach dotarli do kompleksu badawczego, gdzie spotkali się z Alyx i Jonesem, i odlecieli.

Kiedy lecieli już nad Polską, komputer pokładowy wykrył zbliżającą się rakietę. Nie mieli flar. Alyx rozpaczliwie próbowała uniknąć zderzenia, ale nic nie zdziałała. Helikopterem wstrząsnął wybuch i spadli na ziemię.

SUBJECT: “SZRAMA”
STATUS: TERMINATED
REASON: LOSS OF MISSION CRITICAL RESOURCES

Nickelback

20 czerwiec 2009 - autor: Arto

Zespół został założony w 1995 roku w małym miasteczku Hanna w prowincji Alberta w Kanadzie przez wokalistę i gitarzystę Chada Kroegera, brata Mike Kroegera, gitarzystę Ryana Peake oraz kuzyna, perkusistę Brandona Kroegera.

Aktualny skład:
- Chad Kroeger
- Ryan Peake
- Mike Kroeger
- Daniel Adair

Albumy:
- Curb
(1996)
- The State
(1998)
- Silver Side Up
(2001)
- The Long Road
(2003)
- All the Right Reasons
(2005)
- Dark Horse
(2008)

Najlepsze utwory (moim zdaniem):
- Hero
- How You Remind Me
- Flat On The Floor

Trzecia część

20 czerwiec 2009 - autor: Arto

Pod maską honkera terkotał czterocylindrowy silnik. Zgrzytnęły hamulce i wóz momentalnie się zatrzymał. W odległości kilkuset metrów było widać spory obiekt wojskowy.
- Wysiadamy, dalej musimy się skradać.
Wszyscy nasuneli na oczy noktowizory, przejęte z magazynów rozbitego Wojska Polskiego. Cień zdjął z ramienia swoje M4, przykręcił tłumik, włączył kolimator i przeładował. Skradali się przez łąkę, trzymali się nisko i starali się nie hałasować. Po kilku minutach czołgania się wśród trawy, dotarli tuż obok bocznego wejścia do bazy.
Dwóch strażników.
Cień nakierował kropkę celownika na głowę jednego z nich. Rozległo się ciche puknięcie, a zaraz po nim kolejne – drugim strzelcem była Łuska. Podnieśli się z trawy i szybko podbiegli do wejścia.
- Dobra, teraz się rozdzielamy. Ja i Wilk zgramy dane z komputerów. Łuska, weźmiesz Psychola i podłożycie ładunki. – wyszeptał Cień.
- Jasne. – odpowiedziała.
Cień i Wilk skradali się korytarzami pokrytymi zimną, kombinacką stalą. Po drodze do komputera nie napotkali większych problemów – zdjęli kilku żołnierzy, ale nikt ich nie zauważył.
Weszli do pomieszczenia z głównym komputerem, Wilk podszedł do niego, wyjął z plecaka laptopa i zaczął rozpracowywać system.
- Wilk, ktoś tu idzie. Ile czasu potrzebujesz?
- Jakieś 5 minut.
- Rozczaruję cię, ale nie mamy tyle czasu.
- Więc zrób coś – odpowiedział mu Wilk, nawet nie odwracając oczu od laptopa.
Rozległo się pukanie do metalowych drzwi.
- John, twoja zmiana już się skończyła, otwieraj.
Cień wyjął zza paska amerykański battle knife, i próbował udawać brzmienie głosu żołnierza kombinatu.
- Jasne, już ci otwieram…
Otworzył drzwi tak, żeby wchodzący żołnierz nie mógł go zobaczyć, a kiedy ten wszedł, wbił nóż w przestrzeń pomiędzy kevlarowym pancerzem, a maską.
Żołnierz cicho zachrypiał, a z jego gardła tryskała fontanna krwi, przy okazji nieźle ochlapując Cienia. Pchnięcie battle knife’em w tchawicę oznaczało prawie natychmiastową i – co najważniejsze – cichą śmierć.
- No cóż, nie to miałem na myśli… ale działa – powiedział Wilk.
- Cień, Wilk, mamy kłopoty, wykryli nas przy podkładaniu ostatniego ładunku, jesteśmy przygnieceni ogniem! – Łuska krzyczała przez krótkofalówkę. - Jak nie przyjdziecie nam szybko na pomoc, to nas tu poszatkują!
- Dobra, będziemy jak najszybciej jak się da.
Lokacja ostatniego ładunku była dość niedaleka, więc mogli szybko się tam dostać. Tym bardziej, że już się nie skradali – jeśli wykryli Psychola i Łuskę, nie miało to już sensu. Na korytarzu ostrzelali kilku żołnierzy i dotarli na pozycję reszty drużyny.
- Wilk, granat plazmowy na pozycję kaemu, tuż po tym wchodzimy i wykańczamy niedobitków.
- Się robi!
Błyskawicznie załadował granatnik, wycelował i wypalił. Granaty pulsacyjne były jeszcze głośniejsze od konwecjonalnych, i jeszcze bardziej mordercze. Obsługa kaemu i kilku pobliskich żołnierzy zostali zdematerializowani. Na pole bitwy wpadli Cień i Wilk – mieli przewagę – zaskoczyli wroga, a na dodatek atakowali od tyłu, więc kilku pozostałych żołnierzy było oszołomionych i szybko zostali zneutralizowani.
- Łuska, Psychol, wyskakujcie stąd i spadamy, I TO SZYBKO, RUCHY!
Rzucili się do ucieczki korytarzem prowadzącym na zewnątrz. Kiedy biegli do terenówki, Cień dostał w plecy i upadł na ziemię.
Pocisk znacznego kalibru przebił się przez kamizelkę i utknął w brzuchu rebelianta.
- Cholera, Cień! – krzyknęła Łuska i pomogła mu wstać.
Na tylnej kanapie terenówki, trzęsącej się nie wybojach, poczuł jak odpływają z niego wszystkie siły, zaczął tracić czucie w kończynach.
Umierał.